<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<?xml-stylesheet type="text/xsl" href="/rss.xsl" media="screen"?>
<rss version="2.0" xmlns:creativeCommons="http://backend.userland.com/creativeCommonsRssModule">
   <channel>
      <language>en</language>
      <creativeCommons:license>http://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/2.0/uk/</creativeCommons:license>
            <pubDate>Thu, 1 Jan 1970 00:00:00 +0000</pubDate>
      <lastBuildDate>Thu, 1 Jan 1970 00:00:00 +0000</lastBuildDate>
            <ttl>60</ttl>
      <docs>http://www.audioscrobbler.net/data/webservices</docs>      <title>Pyramidek's Last.fm Journal</title>
      <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal</link>
      <description>The Last.fm journal for Pyramidek.
        Last.fm journals are a place to talk about all things music.</description>
      <item>
         <title>Natural Snow Buildings - The Dance Of The Moon And The Sun</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2009/09/22/312iya_natural_snow_buildings_-_the_dance_of_the_moon_and_the_sun</link>
         <pubDate>Tue, 22 Sep 2009 14:55:45 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2009/09/22/312iya_natural_snow_buildings_-_the_dance_of_the_moon_and_the_sun</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode">Ta recenzja MUSIAŁA kiedyś powstać.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img182.imageshack.us/img182/9560/dancemoonsun.jpg" /><br /><br /><a href="http://www.last.fm/music/Natural+Snow+Buildings" class="bbcode_artist">Natural Snow Buildings</a> – <a title="Natural Snow Buildings - The Dance of the Moon and the Sun" href="http://www.last.fm/music/Natural+Snow+Buildings/The+Dance+of+the+Moon+and+the+Sun" class="bbcode_album">The Dance of the Moon and the Sun</a> (2006)<br /><br />Rzadko kiedy moje zmysły muzycznego czucia zostają zaskoczone nieznanymi wcześniej dźwiękowymi bodźcami. Poznałem już wielu artystów, słyszałem tysiące kombinacji  gatunkowych, bardziej lub mniej udanych. Mimo poznania setek albumów mój muzyczny głód wciąż pozostaje  nienasycony, zwłaszcza w kwestii nieznanych wcześniej kombinacji gatunkowych. Bez wątpienia jest to najwspanialsze błędne koło w jakie zdarzyło mi się wpaść.<br /><br />Było to dokładnie rok temu. Wakacje 2008; chcąc zaspokoić mój muzyczny głód udałem się w rejony dronów i psychodelicznych eksperymentów. Okolice te były wtedy dla mnie dosyć słabo znane, błądzenie było więc nieuniknione. Podczas jednej z tych &quot;ślepych przechadzek&quot; natrafiłem, a właściwie wpadłem na Natural Snow Buildings. Po bliższym przyjrzeniu się wydali mi się warci choćby samego spróbowania. Nie wiedziałem, jak mocny kop w jądra kubków słuchowych czeka mnie wraz z sięgnięciem po The Dance Of The Moon And The Sun, ich magnum opus...<br /><br />Nim jednak przypomnę sobie to uczucie, pozwólcie, że odpowiem na kilka zasadniczych pytań; kim są Natural Snow Buildings? Co grają? Skąd się do cholery wzięli? Czyj jest ten przecudowny żeński głos?<br /><br />Natural Snow Buildings to duet złożony z dwóch francuskich muzyków - Mehdiego Ameziane (a.k.a <a href="http://www.last.fm/music/TwinSisterMoon" class="bbcode_artist">TwinSisterMoon</a>) i Solange Gularte (a.k.a. <a href="http://www.last.fm/music/Isengrind" class="bbcode_artist">Isengrind</a>). Grają muzykę którą określiłbym mianem psychodelicznego eksperymentalnego folku z elementami dronowania i silnymi wpływami ambientu. Post-rock tak często na siłę przylepiany przez szufladkowiczów obecny jest jedynie w początkowej fazie ich twórczości, później jedynie w ilościach śladowych. Cudowny damski wokal jest sprawą Mehdiego, męskiej części duetu, co dzisiaj już chyba nikogo nie zaskakuje.<br /><br />(Co prawda zaraz zrobi się z tego pół-recenzja/pół-biografia, ale co tam...)<br /><br />Mehdi i Solange poznali się w 1997 w Paryżu. Złapawszy kontakt zaczęli się częściej spotykać, aż w końcu któreś z nich wspomniało coś o zespole. W 1998 kupili pierwszego czterościeżkowca na którym zaczęli bawić się w poważniejsze nagrywanie muzyki. Jak przyznają sami Francuzi, zespół został ochrzczony nazwą Natural Snow Buildings przede wszystkim dlatego, że brzmiała ona ciekawie i  intrygująco. Ot zlepek słów nie mający głębszego znaczenia. Ale za to jak wspaniale brzmiący!<br /><br />Opisując NSB nie mogę nie wspomnieć o ich - ekhm - polityce wydawniczej. Jeśli <br />zastanawialiście się, czemu ich wydawnictwa padły ofiarą tak horrendalnie niskich nakładów odpowiadam - oni są temu winni. Nie zależy im na sprzedaży ogromnych ilości płyt. Im mniej tym lepiej.<br /><br />Patrząc na przekrój ich twórczości mam wrażenie, że czynności takie jak spanie, jedzenie czy oddychanie zastąpili tworzeniem muzyki. Bo jak inaczej byliby wstanie wypuszczać tyle wydawnictw długogrających w ciągu jednego roku? O rzeczach solowych czy tysiącach psychodelicznych artworków podołączanych do każdego albumu już nawet nie wspominam.<br /><br />A teraz, wróćmy na tor recenzji.<br /><br />Mając do wyboru rozłożenie na czynniki pierwsze bądź napisanie panegiryku na cześć The Dance Of The Moon And The Sun, wybieram możliwość środkową. W czym więc zawiera się wspaniałość tańca księżyca i słońca?<br /><br />Po pierwsze - prostota nagrania. Już od pierwszych sekund wyraźnie słychać, że Natural Snow Buildings ma głęboko gdzieś kwestię szlifowania czystości brzmienia, nie wspominając o zabawach w studiach nagraniowych. Mehdi i Solange stawiają sprawę jasno; są tylko oni, ich natchnienie, ich instrumenty, mikrofony oraz magnetofony czterościeżkowe - jedyni świadkowie i kronikarze rytuałów odbywających się pośród naturalnych budowli ze śniegu. Właśnie ten &quot;lo-fizm&quot; jest jednym z filarów wyjątkowości tego duetu.<br /><br />Po drugie - pomysły. Zamiast bawić się w mieszanie kontrastujących ze sobą brzmień, Natural Snow Buildings nie zbaczają ze wyznaczonych przez siebie szlaków folku i dronów zanurzonych w gęstym sosie psychodeli. Pozostając w tej konwencji prezentują słuchaczowi swoje szalone pomysły. Nie dość, że idealnie spajają one album w całość, to jeszcze co utwór coraz bardziej zaskakują słuchacza. Nawet jeśli dany numer przypomina poprzedni, nie mogę powiedzieć bym słyszał po raz drugi to samo. <br /><br />Jeśli o przekrój stylistyczny chodzi mamy tu prawdziwą psychodeliczną tęczę - począwszy od wwiercających się z miąższ psychiki rytualistycznych dronów, przez rozległe gitarowo-ambientowe pejzaże, na delikatnych naćpano-ogniskowych balladach skończywszy.<br /><br />Każdy z kawałków na tej płycie jest inny i wyjątkowy. Biorąc pod uwagę jej długość - dwie i pół godziny - Mehdiemu i Solange udała się trudna do osiągnięcia sztuka. A to wszystko piszę bez jakiegokolwiek cienia przesady.<br /><br />Po trzecie - TwinSisterMoon. Gdyby nie on, Natural Snow Buildings nie byłoby tym czym jest. Z początku trudno było mi przyjąć do wiadomości, że TEN diabelsko anielski śpiew należy do męskiej części duetu. Bo jeśli Mehdi nie zaprzedał za głos swojej duszy połowie piekielnej i niebiańskiej ferajny, nie wiem skąd indziej mógł go otrzymać. Podczas całego narkotycznego rytuału jest on naszym przewodnikiem, pocieszycielem, dręczycielem, słońcem, księżycem, gwiazdami, pełnią, pustką, życiem, śmiercią, radością, żałobą... Nawet gdy nie śpiewa, jego obecność jest nieprzerwalnie wyczuwalna.<br /><br />Po czwarte - Isengrind. Mimo że znajduje się ona zazwyczaj w cieniu TwinSisterMoon, z całą pewnością jest kimś więcej niż tylko poboczną kapłanką rytuału. W końcu to ona rozpala płomień w jego duszy, pełniąc rolę znacznie ważniejszą niż drugi instrumentalista. Bez Solange Gularte Natural Snow Buildings również nie miałoby prawa istnieć.<br /><br />Wszystkie powyższe czynniki składają się na najważniejszy składnik księżycowo-<br />słonecznej substancji - KLIMAT. Nawet miliard starannie dobranych słów, porównań, metafor, epitetów i tym podobnych nie wykrzesiłoby choćby cząstki zawartego na The Dance Of The Moon And The Sun klimatu. Nie da się tego zrobić w żaden inny sposób niż zapoznanie się z tymi dźwiękami osobiście. Inaczej się nie da. Koniec. Kropka.<br /><br />The Dance Of The Moon And The Sun jest płytą trudną, wymagająca uwagi, skupienia i co najważniejsze - chęci jej poznania. Bez niej zostaniesz odrzucony od razu, nie mając szans posmakowania zawartej na niej piękna. Jeśli szukasz w muzyce czegoś więcej niż tymczasowego zaspokojenia kubków słuchowych, nie popełniaj takiego błędu podchodząc do tego krążka. Tak samo jak ja, uzbrój się w cierpliwość, chęci oraz świadomość, że czeka cię jedyne w swoim rodzaju muzyczne przeżycie.<br /><br />Jak wielokrotnie wspominano - Francuzi popełnili kardynalny błąd wypuszczając tak wspaniały album tak wcześnie w swojej karierze. Niemożliwym będzie bowiem nagrać coś równie wielkiego, czegoś co choćby w połowie mogłoby równać się temu dziełu. <br /><br />Tak więc cieszmy się z ich błędu, modląc się jednocześnie o więcej pomyłek tego typu.<br /><br />Amen.<br /><br />---<br /><br />PS. Przecholernie, ale to PRZECHOLERNIE nienawidzę ich kasetowania. Pomijając standardowo zajebiście limitowane nakłady uniemożliwiające zdobycie kaset, ripy z nich brzmią po prostu tragicznie, nawet jak na muzykę lo-fi. Jeśli NSB nie wypuści reedycji choćby w mp3, niech ich wszystkie diabli pochłoną. Z czego zapewne by się ucieszyli.<br /><br />PS2. Jeśli po The Dance Of The Moon &amp; The Sun zastanawiasz się gdzie iść dalej, podpowiadam:<br /><br />- więcej psychodeli, dronowania i ogólnego wyćpania w szóstą galaktykę na lewo - drugi krążek &quot;The Snowbringer Cult&quot;; zimowy kwas to the bone<br /><br />- więcej cudownego śpiewu TwinSisterMoon - jego solowy <a title="TwinSisterMoon - When Stars Glide Through Solid" href="http://www.last.fm/music/TwinSisterMoon/When+Stars+Glide+Through+Solid" class="bbcode_album">When Stars Glide Through Solid</a>; po prostu bardziej folkowe NSB.</div>]]></description>
               </item>
      <item>
         <title>Nine Inch Nails - na żywo @ Malta Festival</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2009/06/27/2tw5ek_nine_inch_nails_-_na_%C5%BCywo_%40_malta_festival</link>
         <pubDate>Sat, 27 Jun 2009 17:35:52 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2009/06/27/2tw5ek_nine_inch_nails_-_na_%C5%BCywo_%40_malta_festival</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode"><a href="http://www.last.fm/festival/857928+Festival+Malta" class="bbcode_event">Mon 22 Jun – Festival Malta</a><br /><br />Nie będzie chyba niczym zaskakującym, jeśli napiszę, że już na samym początku pisania tej relacji jestem w kropce. Autentycznie nie wiem jak zacząć to wszystko, by od początku do końca miało ręce i nogi. Rzeczy a'la notka biograficzna o <a href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails" class="bbcode_artist">Nine Inch Nails</a> czy wychwalanie połowy ich dyskografii/geniuszu Reznora będą raczej zbędne. <br /><br />Najlepiej przejdźmy od razu pod scenę, gdzieś w okolice godziny 20:30.<br /><br />Na koncert gwoździ przyjechałem raczej jako post-NINowiec, chcąc oddać hołd Reznorowi i spółce nie tylko za tworzenie wspaniałej muzyki (która w wielkim stopniu ukształtowała mój obecny gust), ale również za wielki wpływ na świat muzyczny w ogóle. Jeśli miałbym skrótowo opisać moje nastawienie, brzmiałoby to jakoś w stylu &quot;a pewno zagra głośno numery ze slipa, joła, jakieś parę gołstów no i kilka klasyków na bank&quot;. Jednak mimo wszelkich obaw, gdzieś głęboko pod skórą czułem, że czeka mnie niezapomniane przeżycie.<br /><br />Gdzieś około 20:45 na scenę wbił <a href="http://www.last.fm/music/Alec+Empire" class="bbcode_artist">Alec Empire</a> - muzyczna przystawka przed daniem głównym. Co do jego supportu - również miałem obawy. Coś w stylu &quot;oja3,14erdolę, jak będzie smęcił fjuturistami i fortejstami to odpalam empeczy&quot;. Na szczęście pierwsze dźwięki <a title="Alec Empire &ndash; The Ride" href="http://www.last.fm/music/Alec+Empire/_/The+Ride" class="bbcode_track">The Ride</a> szybko rozwiały mój sceptyzm.<br /><br />Przede wszystkim - jak na wynalazcę digital hardcoru przystało - Alexander Wilkie grał zajebiście głośno. Szkoda tylko, że  podczas całego supportu na pierwszym planie królował uszojebny bas i bity, a gitara i alecowe darcie ryja zasuwały gdzieś tak zaraz za nimi. Czy to wymysł Aleca czy sprawka techników - o to zapytajcie się go &quot;osobiście&quot; na laście :P<br /><br />Wyżej wspomniane nie zmienia jednak tego, że moje wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Najwięcej na3,14erdalało z Intelligence &amp; Sacrifice (m.in. wcześniej wspomniany, znacznie bardziej ubasowiony The Ride, <a title="Alec Empire &ndash; Everything Starts With a Fuck" href="http://www.last.fm/music/Alec+Empire/_/Everything+Starts+With+a+Fuck" class="bbcode_track">Everything Starts With a Fuck</a> czy też <a title="Alec Empire &ndash; Addicted to You" href="http://www.last.fm/music/Alec+Empire/_/Addicted+to+You" class="bbcode_track">Addicted to You</a>, przy którym musiałem nieco potrząść łbem). Fjuturistów nie zanotowałem. Fortejstów co prawda kilka było, ale na żywca to już zupełnie inna muzyka (dlaczego na studyjniaku nie mógł wystrzelić podobnie?). Z jednej strony, szkoda że nie rzucił czymś z Destroyera, a z drugiej - zajebiście miło zaskoczył mnie kilkoma numerami z repertuaru <a href="http://www.last.fm/music/Atari+Teenage+Riot" class="bbcode_artist">Atari Teenage Riot</a> na koniec (<a title="Atari Teenage Riot &ndash; No Remorse" href="http://www.last.fm/music/Atari+Teenage+Riot/_/No+Remorse" class="bbcode_track">No Remorse</a>! <a title="Atari Teenage Riot &ndash; Destroy 2000 Years of Culture" href="http://www.last.fm/music/Atari+Teenage+Riot/_/Destroy+2000+Years+of+Culture" class="bbcode_track">Destroy 2000 Years of Culture</a>! <a title="Atari Teenage Riot &ndash; Revolution Action" href="http://www.last.fm/music/Atari+Teenage+Riot/_/Revolution+Action" class="bbcode_track">Revolution Action</a>!).<br /><br />Podsumowując alecowy podrozdział - warto było dać sobie popsuć przez niego uszy na żywca. Zwłaszcza, że jestem muzycznym sado-masochistą i lubię hałas.<br /><br />Dalsze oczekiwanie na NIN wypełniły wypłukiwanie noisowej wody z uszu oraz modły o lepsze nagłośnienie dla Trenta i spółki.<br /><br />I oto parę minut po dwudziestej drugiej na scenę wbili ONI. Nine Inch Nails. W towarzystwie oceanu owacji, chwycili za instrumenty. Reznor zbliżył się do mikrofonu... Serię muzycznych orgazmów czas zacząć.<br /><br />[W tym miejscu powinna znaleźć się spóźniona relacja na żywo track-by-track, ale nie będzie, ponieważ tego nie da się opisać słowami nadającymi się do dr... EDITED BY BUREAU OF MORALITY<br /><br />Ekhm.<br /><br />Wybaczcie. Oczywiście powyższe (ocenzurowane, acz nieco brzydkie) wyrażenia są w wydźwięku jak najbardziej pozytywnym. Bo to co odwaliło Nine Inch Nails 23 czerwca w Poznaniu na żywo... Ten koncert zdecydowanie znajduje się w czołówce wydarzeń i rzeczy, które trudno opisać słowami. Ale spróbujmy. Po kolei, frame by frame.<br /><br />Po pierwsze - nagłośnienie. Tutaj technicy naprawdę się postarali - wszystko brzmiało tak jak powinno. Nawet w trakcie największej rzeźni bez problemu mogłem wychwycić każdy instrument. Jak dla mnie, nie było ani jednej chwili, w której coś było niepotrzebnie za głośno bądź za cicho.<br /><br />Po drugie - repertuar. Jak wcześniej wspomniałem - spodziewałem się przede wszystkim nowości i kilku hiciorów. Tymczasem NIN zagrało wiele utworów, których nigdy, ale to NIGDY nie spodziewałem się usłyszeć na żywo. <a title="Nine Inch Nails &ndash; Metal" href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails/_/Metal" class="bbcode_track">Metal</a>? <a title="Nine Inch Nails &ndash; Burn" href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails/_/Burn" class="bbcode_track">Burn</a>? <a title="Nine Inch Nails &ndash; Gone, Still" href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails/_/Gone%2C+Still" class="bbcode_track">Gone, Still</a>? <a title="Nine Inch Nails &ndash; The Way Out Is Through" href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails/_/The+Way+Out+Is+Through" class="bbcode_track">The Way Out Is Through</a>? Na żywo? Nie, nie, noł fakin łej... A jednak! Nowości były nieliczne, najwięcej było właśnie utworów przeze mnie niespodziewanych i klasyków. Tak, poznański repertuar NIN był bez wątpienia jedną z najprzyjemniejszych niespodzianek w moim muzycznym życiu ;)<br /><br />Po trzecie - aranżacja. Tego wieczoru gwoździe były na samym czubku szczytu koncertowej formy i brzmieniowej psychodeli. Kawałki mające wymiatać wymiatały po całości &amp; beyond, wystrzeliwując mnie powyżej 10 miles high zajebistości. Utwory mające uspokajać miały w sobie całe kilometry głębi. Głębi, w której chciało się zatonąć i zostać tak długo, jak pozwalał na to utwór. Wspomniane przeze mnie wcześniej nowości, których tak się obawiałem, zostały zagrane z zajebistym psychodelicznym pazurem. Większość klasyków pozostała aranżacyjnie wierna wersji studyjnej, wzbogacona jednocześnie żywym hyperpowerem. Brzmiały one jak na albumach, a przy tym kilkadziesiąt razy soczyściej. Do tego jeszcze głos Trenta... Na żywo śpiewał z jeszcze większą mocą niż na studyjniakach, udowadniając, że w określaniu go muzycznym bogiem i geniuszem nie ma ani cala przesady. Nawiasem mówiąc - dla mnie wyglądał bardziej jak podstarzały paker katujący mikrofon i instrumenty, niźli bożyszcze :P<br /><br />And last but not least - atmosfera. Tej po prostu nie sposób opisać by oddać chociażby jej kawałek &quot;na papierze&quot;. Mogę powiedzieć jedynie, że publika dała dziesiątki tysięcy powodów Reznorowi, by NIGDY więcej nie pomijał Polski na trasie koncertowej, jeśli okaże się, że WAVE GOODBYE było tylko żartem.<br /><br />Swoich emocji z gwoździstych wzlotów i tonięć również nie zamierzam opisywać. Nie da się. Po prostu nie da się. Tam. Trzeba było. Po prostu. BYĆ!<br /><br />I cóż wypada napisać na koniec? Wiem na pewno, że tamtego wieczoru mój sceptycyzm wobec NIN dostał naprawdę koncertowy w3,14erdol. Już po March Of The Pigs leżał, nie mając nawet siły kwiczeć. Reszta była już brutalnym kopaniem leżącego. Tym razem jednak w słusznej sprawie. Gwoździe najzwyczajniej w świecie wyrwały mnie na dwie godziny ze świata rzeczywistego.<br /><br />A Reznor niechaj koncertuje dalej, trochę odpocznie, wyda porządny album i wróci do koncertowania ze słowami &quot;just kidding&quot;. A że koniecznie musi odwiedzić wtedy Polskę, chyba nie muszę już wspominać?</div>]]></description>
               </item>
      <item>
         <title>Lustmord - Heresy</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2009/03/15/2kh84o_lustmord_-_heresy</link>
         <pubDate>Sun, 15 Mar 2009 20:27:48 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2009/03/15/2kh84o_lustmord_-_heresy</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode"><img src="http://img145.imageshack.us/img145/5514/heresymini.jpg" /><br /><br /><a href="http://www.last.fm/music/Lustmord" class="bbcode_artist">Lustmord</a> – <a title="Lustmord - Heresy" href="http://www.last.fm/music/Lustmord/Heresy" class="bbcode_album">Heresy</a> (1990)<br /><br />Był śmiertelnie zmęczony, przy czym w jego obecnym położeniu słowo „śmiertelnie” było na miejscu jak nigdy dotąd. Jego wnętrzności wypełniała pustka, a każdy centymetr kwadratowy jego receptorów nerwowych przesiąknięty był strachem. Teraz jak nigdy dotąd żałował, że nie pozostał biernym.<br /><br />Od długiego czasu gdzie tylko spojrzał, nie odnalazł wokół żadnego śladu życia. Drzewa, trawy, kołyszące się na wietrze gałęzie, wszystko było martwe. Wszystko pokrywała wszechobecna ciemność, przez której zasłonę ledwo przebijał się jego wzrok. Nie wiedział jak długo się błąka. Mogły być to godziny, dni, tygodnie... Nie wiedział, ile kilometrów przeszedł. Pewny był jedynie tego, że czasu minęło wiele, a połacie terenów bez życia, które przebył, były ogromne.<br /><br />Jeśli za ciemnością kryłyby się oczy, ujrzałyby powłóczącego nogami intruza, pokrytego strzępami wyblakłych szmat. Jednak nawet gdyby te zachowały się w swojej pierwotnej formie, nie uchroniłyby go przed przeraźliwym nocnym chłodem. Zewsząd intruza otaczały martwe drzewa. Starał się wmawiać sobie, że pomagają mu przetrwać zimno. I że gorzej będzie, jeśli znowu trafi na otwartą przestrzeń.<br /><br />Im dłużej jednak wpatrywał się w bezlistne, poszarpane gałęzie pierwotnych mieszkańców tego miejsca, tym bardziej dostrzegał bijącą od nich wrogość. Uświadamiał sobie, że drzewa nie chciały go tutaj. Nie mógł jednak zawrócić.  Przy życiu utrzymywała go nadzieja ujrzenia świtu bądź jakiegokolwiek źródła światła. Jak nigdy dotąd chciał napotkać jakąkolwiek istotę ludzką. Było to jednak niemożliwe – znajdował się wiele kilometrów od cywilizacji.<br /><br />Wiedział również, że nie może upaść. Kontakt z ziemią przy jego nieludzkim zmęczeniu skończyłby się śmiercią wynikającą z natychmiastowego braku woli by wstać. Zachowując strzępy czujności, wypatrywał na ziemi wszystko, co mogło przyczynić się do jego upadku. Kamienie i wystające korzenie były teraz śmiertelnymi pułapkami. Mimo że jego psychika była w strzępach, doskonale zdawał sobie z tego sprawę.<br /><br />Jedyne co mógł teraz zrobić to iść do przodu. Pragnął schronienia. Jakiegoś suchego, ciepłego miejsca, gdzie torturujący go chłód nie będzie miał prawa wstępu. Jednocześnie, patrząc na otoczenie, wiedział, że takie marzenie jest w tej chwili niewłaściwe.<br /><br />Czujność i siłę jego nóg podtrzymywał paraliżująco-napędzający strach. Nie był to strach przed tym, co czekało na jego drodze. Nie był to strach przed tym, co za nim podążało. To, czego się bał, mogło być wszędzie. Mogło iść jego śladami, okryte zasłoną jego zamroczenia. Mogło czekać kilkanaście metrów dalej. Mogło wyskoczyć zza najbliższego drzewa. Myśl o tym napawała go ciągłym przerażeniem i nic nie mogło jej od niego odgonić.<br /><br />Wiatr coraz mocniej chłostał jego skórę uderzeniami chłodu. Wiedział, że zbliża się do kolejnej polany. Wiedział, że czekają na niego zbiorowe halucynacje, wspomagane przez otwartą przestrzeń. W lesie nie dawały o sobie znać tak jak na obszarach wyschłej, wysoko rosnącej trawy. <br /><br />Wiatr brzmiał teraz jak chór pogrzebanych żywcem. Widział, że od polany dzieli go kilkanaście kroków. Nie chciał iść dalej. Ale coś czające się w pobliżu, krępowało jego wolę zatrzymania się. Nie wiedział, czy uda mu się przejść przez kolejne rozległe trawiaste pustkowie w środku lasu. Nie obchodziło go to. Parę kroków przed wejściem na polanę do odrętwienia i strachu dołączyło pragnienie, by halucynacje zostawiły go wreszcie w spokoju. Zniknęło gdy postawił pierwszy krok poza obszarem drzew.<br /><br />Niemalże natychmiast szelestowi uschłych liści ustąpiła cisza. Każde jej poprzednie nadejście polanie poprzedzało moment, w którym z mroku miały wyłonić się postacie, próbujące wyrwać ostatnie resztki psychiki intruza, wpatrując się nieistniejącą parą szeroko otwartych oczu, ziejąc pustką z nieistniejących rozwartych do niemego krzyku ust. Chciały zabrać go ze sobą. Chciały, by stał się jednym z nich – kolejnym bytem istniejącym w psychice wszystkich mających nieszczęście wkroczyć do tego lasu. Za każdym razem wyczytywał to z płaskiej powierzchni skóry ich twarzy.<br /><br />Powoli, zdecydowanie ostrożniej niż w lesie, stawiał kolejne kroki. Nie mógł dać się zaskoczyć i upaść. Gdyby tym razem dotknął twarzą suchej trawy, nie byłoby od nich ucieczki.<br /><br />Spojrzał się za siebie. Ścieżka którą tu przyszedł była już poza zasięgiem jego wzroku. Jedynym co dołączyło do ciszy były zawodzenia wiatru. Powinien był poczuć ulgę. Ta jednak była pogrzebana głęboko pod zwałami nowego niepokoju.<br /><br />Przystanął, po raz pierwszy od długiego czasu. Rozejrzał się. Był na samym środku polany. Wypatrywał jakikolwiek kształt. Tym razem jednak nic nie zmierzało w jego stronę. Otoczony był jedynie przez wysokie trawy i drzewa w oddali. Dopiero teraz, po długim czasie bez zatrzymywania się, poczuł, jak bardzo napełniony był bólem. Miał wrażenie, że wszystkie jego kości powbijały się w mięśnie, napinając stawy do granic wytrzymałości. W ułamek sekundy zorientował się, że popełnił ogromny błąd. Pozwalając na uświadomienie sobie w jak krytycznym stanie jest jego ciało, upadł.<br /><br />Wylądował na kolanach. Siły bezwładności pozwoliła mu wylądować w ten sposób. Klęcząc wiedział, że nie będzie miał już siły wstać. A nawet jeśli mu się uda, znowu upadnie.<br /><br />Wiedział, że to już koniec jego wędrówki. Jedyne co go teraz wypełniało to żal do samego siebie. Zdawał sobie sprawę, że stan do jakiego siebie doprowadził oraz znalezienie się w tym miejscu są jego winą. Godził się z tym, że nie przeżyje tej nocy i nie ujrzy świtu. Czekał na śmierć, której przyjście było kwestią utraty przytomności. Zaczął stapiać się z powoli przychodzącą ciszą.<br /><br />Wtem, usłyszał krzyk. Długi, powolny, wypełniający całą okolicę krzyk z oddali. Wypełniającą każdy jego zdrętwiały z lodowatego przerażenia centymetr skóry i wnętrzności. Krzyk czegoś, co nie mogło być naturalnym mieszkańcem tego miejsca, a mimo to, żyło tu od wieków. Krzyk, który zapewnił ludzkiemu intruzowi najgorszą śmierć z możliwych.<br /><br />Upadł twarzą do ziemi. Jego siła bezwładności zakończyła swoją ostatnią podróż. Zanurzony pomiędzy kłującymi jego twarz trawami, nie mógł uciszyć sparaliżowanej świadomości. Wśród ostatniego odrętwienia wiedział, że nigdy nie ujrzy źródła krzyku. <br /><br />Nad zamkniętymi oczami, niebo zaczęło się przejaśniać. Nadchodził koniec nocy.</div>]]></description>
               </item>
      <item>
         <title>Venetian Snares - My Downfall (Original Soundtrack)</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/11/13/29yj7j_venetian_snares_-_my_downfall_%28original_soundtrack%29</link>
         <pubDate>Thu, 13 Nov 2008 18:07:36 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/11/13/29yj7j_venetian_snares_-_my_downfall_%28original_soundtrack%29</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode">Przedostatnia recenzja z cyklu &quot;Muzyczne podsumowanie 2007 – nadrabianie&quot;. Nie jest to materiał najświeższy, napisany kawał czasu temu, myślę jednak, że wciąż warty wrzucenia. Co do kwestii jaka recenzja będzie ostatnia; prędzej czy później zobaczycie. Powiem tylko jedno – spodziewajcie się płyty zajebistej.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img379.imageshack.us/img379/9184/mydownfallyl3.jpg" /><br /><br /><a href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares" class="bbcode_artist">Venetian Snares</a> – <a title="Venetian Snares - My Downfall (Original Soundtrack)" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/My+Downfall+%28Original+Soundtrack%29" class="bbcode_album">My Downfall (Original Soundtrack)</a> (8 października 2007)<br /><br />W przypadku pana Aarona Funka, ciągłe zaskakiwanie nas stało się dla niego rutyną. Od wydania pierwszego longplaya – <a title="Venetian Snares - printf(&quot;shiver in eternal darkness/n&quot;);" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/printf%2528%2522shiver%2Bin%2Beternal%2Bdarkness%252Fn%2522%2529%253B" class="bbcode_album">printf(&quot;shiver in eternal darkness/n&quot;);</a> - aż do teraz, światło dzienne ujrzało kilkanaście albumów. Za parę lat przyrostek z pewnością będzie można zamienić na &quot;dziesiąt&quot;. Rozstrzał jego sposobów rozkładania naszych uszu na cząsteczki pierwszy jest także imponujący - trudno znaleźć gatunek muzyczny, jakiego ten kanadyjski brejkkorowiec by nie tknął.<br /><br />&quot;My Downfall (Original Soundtrack)&quot; był zapowiadany przez samego Snaresa jako album mający niewiele wspólnego z muzycznym rozpierdolem, za to wiele z muzyką klasyczną; nie na darmo doszukiwano się kontynuacji <a title="Venetian Snares - Rossz csillag alatt sz&uuml;letett" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/Rossz+csillag+alatt+sz%C3%BCletett" class="bbcode_album">Rossz csillag alatt sz&uuml;letett</a>. Po prezentowanych na myspace utworach wiadomo było, że szykuje on coś nietypowego, nawet jak na jego pokręcone, pocięte i przesterowane muzyczne szlaki. A raczej wkracza na nowe, zmierzające w przeciwną stronę...? No, w tym miejscu może trochę przesadziłem. Prawda jest taka, iż prawda leży pośrodku.<br /><br />Album ten najkrócej można opisać dwoma słowami - breakcore klasyczny. Choć klasyka dominuje nad breakcorem, jeśli ten już się pojawia, łomocze konkretnie. <a title="Venetian Snares &ndash; The Hopeless Pursuit Of Remission" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/_/The+Hopeless+Pursuit+Of+Remission" class="bbcode_track">The Hopeless Pursuit Of Remission</a>, <a title="Venetian Snares &ndash; Integraation" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/_/Integraation" class="bbcode_track">Integraation</a>, <a title="Venetian Snares &ndash; My Half" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/_/My+Half" class="bbcode_track">My Half</a>, <a title="Venetian Snares &ndash; My Crutch" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/_/My+Crutch" class="bbcode_track">My Crutch</a> (wybaczcie za wyliczankę) są niczym pełne napięcia klasyczne kompozycje, gdzie zamiast pełnej orkiestry eksplodują pocięte perkusyjne sample, tworząc iście &quot;rozpaczliwy&quot; klimat. Fani mózgo-uszogwałtów mogą być jednak rozczarowani - nie uświadczą tu rzezi pokroju <a title="Venetian Snares + Speedranch - Making Orange Things" href="http://www.last.fm/music/Venetian%2BSnares%2B%252B%2BSpeedranch/Making+Orange+Things" class="bbcode_album">Making Orange Things</a> czy <a title="Venetian Snares - Winnipeg Is a Frozen Shithole" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/Winnipeg+Is+a+Frozen+Shithole" class="bbcode_album">Winnipeg Is a Frozen Shithole</a>. Co nie zmienia jednak tego, że wspomniane kawałki są dobre, acz żaden z nich nie ma czegoś, co nazwałbym &quot;szczytowaniem Snaresa&quot;.<br /><br />Co do utworów &quot;bezbitnych&quot; - jak wcześniej wspomniałem, ilością przeważają nad sieczeniem. Większość z nich to krótkie kompozycje, w których głowną rolę pełnią chóry (<a title="Venetian Snares &ndash; colorless" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/_/colorless" class="bbcode_track">colorless</a>, <a title="Venetian Snares &ndash; room 379" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/_/room+379" class="bbcode_track">room 379</a>, <a title="Venetian Snares &ndash; If I Could Say I Love You" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/_/If+I+Could+Say+I+Love+You" class="bbcode_track">If I Could Say I Love You</a>) i skrzypce (wszystkie cztery &quot;Holló Utca&quot;, <a title="Venetian Snares &ndash; Picturesque Pit" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/_/Picturesque+Pit" class="bbcode_track">Picturesque Pit</a>). Pianino pojawia się jedynie w krótkim, zamykającym krążek <a title="Venetian Snares &ndash; Mentioning It" href="http://www.last.fm/music/Venetian+Snares/_/Mentioning+It" class="bbcode_track">Mentioning It</a>. O ile gustujący w muzyce klasycznej i filmowej nie będą mieli zbytnich trudności z przyswojeniem wrażliwszej strony Snaresa, lubiący wystawiać swój mózg na gwałt hałasu będą musieli dać im czas i szansę. Jeśli im się uda, dobrze na tym wyjdą.<br /><br />Odpowiedzmy teraz na pytanie - jak &quot;upadek&quot; ma się do &quot;złej gwiazdy&quot;? Na korzyść dla różnorodności Snaresa – nieco się różni. Rana, z której zieje wewnętrzna pustka zostaje pogłębiona, gdzieś natomiast uszła samobójcza ropa muzyczna. Gęstość i budowa cząsteczek substancji żałobnej także uległy zmianie. Nawias pojawił się przy nazwie albumu nieprzypadkowo - jest tu sporo orkiestralnej &quot;filmowości&quot; i własciwie każdy numer możnaby wykorzystać jako element ścieżki dźwiękowej jakiegoś filmu. Dobrze także, że &quot;My Downfall&quot; nie jest drugą częścią Rossza - taki zabieg byłby, jak dla mnie, plamą na jego honorze zaskakiwacza.<br /><br />Przyznam szczerze, że na początku album mi się nie podobał - wszystko po prostu zlewało się w jedno. Sam musiałem dać mu czas i szansę, co zaowocowało przyswojeniem porcji smacznych eksperymentalnych brzmień. I mimo, że nie jest to najwyższa półka - zarówno snaresowska jak i muzycznie w ogóle, na górnych z pewnością znajdzie się miejsce dla tego krążka.</div>]]></description>
               </item>
      <item>
         <title>Vonn - Victim One: Agony</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/11/09/29p253_vonn_-_victim_one%3A_agony</link>
         <pubDate>Sun, 9 Nov 2008 20:03:46 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/11/09/29p253_vonn_-_victim_one%3A_agony</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode">Na początek chciałbym przeprosić wszystkich spodziewających się, że od ostatniego do następnego wpisu w żurnalu minie &gt;pół roku – zawiodłem Was. Mimo moich najszczerszych chęci i czynników zewnętrznych, czas ten skrócił się dwukrotnie, wybaczcie. A to wszystko wina albumu recenzowanego w dzisiejszym odcinku. Kończąc wstęp zdaniem wrzuconym tylko dlatego, by był on dłuższy, zapraszam do lektury.<br /><br />---<br /> <br /><img src="http://img517.imageshack.us/img517/1214/wonls2.jpg" /><br /><br /><a href="http://www.last.fm/music/Vonn" class="bbcode_artist">Vonn</a> – Victim One: Agony (2006)<br /><br />Opisany przeze mnie w tejże recenzji krążek będzie dosyć nietypowy, nawet jak na muzykę którą słucham. A przecież niejedna bardziej lub mniej zboczona dźwiękowa perwersja przewinęła się przez moje uszy, niejednokrotnie brutalnie gwałcąc mój mózg. Brutalny gwałt - tak, ten epitet będzie pasował do tego albumu bardziej niż bardzo. Czymże więc jest debiut Vonn?<br /><br />Na początek jednak odpowiedzmy na pytanie, czymże toto właściwie jest. Wątpię bowiem, by ktokolwiek z Was wcześniej o nim słyszał - nie ma nawet wpisu na discogsach, a to już świadczy o konkretnej &quot;niepopularności&quot;. Porzućcie wszelką nadzieję wszyscy, którzy oczekujecie szczegółowych informacji. Te będą bowiem bardziej niż skąpe. Zespół do tej pory nie udzielił bowiem prawie żadnych informacji, o jakimkolwiek wywiadzie nie wspominając. Poza tym, że pochodzi z Norwegii i wydał jeden album, można dodać jeszcze, że grają ekstremalny drone doom metal graniczący z muzyką noise. Już po przeczytaniu samego składu dźwiękowej potrawy masochistom ślinka cieknie...<br /><br />Najpierw krótka analiza techniczna. &quot;Victim One: Agony&quot; to jeden 76-minutowy utwór. Składa się on z dziesiątek ton przesterowanych gitar i basów, kobiecych krzyków przerażenia oraz sporadycznie pojawiających się elementów noisowych, nie wchodzących w skład gitarowo-basowego kręgosłupa. Wszystko złożone w improwizacyjnym stylu. O jakichkolwiek melodiach mających w sobie chociaż cień przyswajalności - jak na drone doom przystało - raczej nie ma mowy. Krążek ten został stworzony w celu rozłożenia psychiki słuchacza na czynniki pierwsze. Jak wyszło to Vonn w moim przypadku?<br /><br />Nie ukrywam, że do zapoznania się z ich debiutem zachęciło mnie kilka opinii/mini-recenzji, w których zatwardziali słuchacze najróżniejszego eksperymentalno-ekstremalnego napierdalania wyznali, że była to najbardziej chora rzecz jaką kiedykolwiek zdarzyło im się słyszeć. Inni mówili natomiast, że dobrze służyłoby jako muzyka do zasypiania gdyby nie było tak głośne. Jeśli o mnie chodzi - podczas seansu z agonią moje hormony strachowe ani razu nie dały o sobie znać (o zwieraczach nie wspominając). Mimo że próba mózgogwałtu trwała 76 minut, moja masochistyczna strona muzycznej duszy nie została zaspokojona.<br /><br />Wcześniej wspomniana długość jest dla mnie największą wadą tego albumu. O ile przez pierwsze 10-15 minut orkiestra tortur brzmiała naprawdę smakowicie, gdzieś koło 25 minuty zaczęło ogarniać mnie znużenie. W ciągu tej ponadgodzinnej kakofonii - poza tym że jest głośno i mroczno - tak naprawdę niewiele się dzieje. Gitary rżną, basy rżną, dodatkowe efekty noisowe od czasu do czasu też rżną... Nawet tak intensywna kakofonia w przesadnych ilościach może przerodzić się w głośną jednolitą papkę. Vonn spokojnie mogłoby skrócić swój debiut o 3/4 - góra pół godziny spokojnie wystarczyłoby na zawarcie wszystkich wariacji i okropieństw, minimalizując jednocześnie znużenie.<br /><br />Natomiast sam krzyk torturowanej brzmi bardziej jakby uciekała przed wampirem/wilkołakiem/Danim Filthem/kim-tam-chcecie przez krzaki, drąc się w niebogłosy, zapomniawszy jednocześnie o istnieniu słowa &quot;Help&quot; i jego pochodnych. W kontekście tortur jest natomiast za mało przekonująca. Jakoże przez 95% utworu słyszymy tę samą &quot;ścieżkę krzykową&quot;, gdzieś w połowie zacząłem dopingować torturującym, by jak najszybciej zarżnęli tę głupią irytującą <br />cipę. Co nastąpiło dopiero na sam koniec - na szczęście jej ostatnie tchnienia brzmiały naprawdę soczyście.<br /><br />Pozwolę sobie wspomnieć jeszcze o gitarze jako oddzielnym elemencie. I tu prawdziwy pozytyw - tak zajebisto-chorego przesteru nie słyszałem już od naprawdę długiego czasu. Tak właśnie powinien brzmieć instrument aspirujący do miana dźwiękowego narzędzia tortur. Dopóki nie zaczyna zjadać własnego gryfu brzmi naprawdę wyśmienicie. No ale - nawiązując do powyższych narzekań - nawet najlepsze danie w przesadnych ilościach jest rzygopędne. Gitarowe niestety nie jest wyjątkiem. Z drugiej strony - czy właśnie nie o to chodziło chorym Norwegom?<br /><br />Czytając powyższe narzekania mogłoby się wydawać, że &quot;Victim One: Agony&quot; to rzecz niewarta spróbowania, nadająca się tylko do torturowania terrorystów, gdy Eminem i Doda na tym polu zawodzą. A nie jest to prawda. Wśród muzycznych dewiantów na pewno znajdą się tacy, którym &quot;Agony&quot; przypadnie do gustu. Myślę zwłaszcza o słuchaczach ubóstwiających długie dronujące utwory <a href="http://www.last.fm/music/Sunn+O%29%29%29" class="bbcode_artist">Sunn O)))</a> - ci będą najbardziej wpiekłowzięci. Co do reszty - polecam spróbować, przedtem uzbrójcie się jednak w OGROMNE zapasy cierpliwości...</div>]]></description>
               </item>
      <item>
         <title>Dziesięć</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/08/14/245p6e_dziesi%C4%99%C4%87</link>
         <pubDate>Thu, 14 Aug 2008 13:50:30 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/08/14/245p6e_dziesi%C4%99%C4%87</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode">Óaó, to już dziesiąta notka, mały jublieusz mamy znaczy się. Z początku planowałem uczcić to listą numerów trwających &gt;10 minut, jednak to byłoby zbyt chujowe, nawet jak na takiego muzycznego snoba jak ja. Postawiłem więc na coś bardziej kreatywnego i ubrałem w słowa historię moich relacji z pierwszymi dziesięcioma zespołami z listy – począwszy od poznania, przez ogólny zarys twórczości/brzmienia, na tym co im zawdzięczam zakończywszy. Uprzedzam jednak, że te 10 miniaturek znacznie będą odbiegały budową od recenzji – taki właśnie miałem zamiar. Potraktujcie więc jako coś w rodzaju pisemnych gołstów.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img99.imageshack.us/img99/6091/ninmalefn5.jpg" />]<br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails" class="bbcode_artist">Nine Inch Nails</a></strong><br /><br />Dziewięciocalowe gwoździe istniały w mojej świadomości od zawsze. Prawdopodobnie dlatego, że Reznor stworzył ścieżkę dźwiękową do QUAKE jedynki, w którą pogrywałem swojego czasu (nie powiem by nie miała wpływu na zwichrowanie mojej psychiki, choć nie był on zbyt wielki). W praniu niestety ścieżki dźwiękowej nie słyszałem (uroki piratów bez audiotracków), czytałem jednak że jest ona cholernie klimatyczna i &quot;wyszła Reznorowi naprawdę dobrze&quot;, czy jakoś tak. Ktoś tam gdzieś jeszcze wspomniał że jest &quot;czadowy&quot;, a jako że NIN grało coś zwanego eee, jak to było... o, rockiem industrialnym, spodziewałem się mroczych riffów idealnych do koszenia zombiaków i pakerów z piłami. Chwyciwszy za OSTa gdzieś w 2003 miło się zaskoczyłem - zamiast łupania gęsty i przyjemnie nieprzyjemny gotycko-industrialny klimat. Jak to jednak w młodości wczesnej bywało, zauroczenia muzyczne szybko przemijały i NIN poszło na długi czas w cień. Wyszło z niego z mocnym kopnięciem w uszy gdy w 2005 spróbowałem <a title="Nine Inch Nails - The Fragile" href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails/The+Fragile" class="bbcode_album">The Fragile</a>, poleconego mi przez ANTHa. Pierwszy krążek spodobał się za pierwszym przesłuchaniem i w tempie ekspresowym poleciały następne. Wszystko - poza <a title="Nine Inch Nails - With Teeth" href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails/With+Teeth" class="bbcode_album">With Teeth</a> (do którego jednak w końcu po wielu przesłuchaniach również się przekonałem) - niemalże od razu rozpuściło się na moich muzycznych kubkach smakowych. A pomyśleć, że kilka miesięcy wcześniej, w czasach intensywnego katowania RATMu, po wyczajeniu na szybko kilku tracków z <a title="Nine Inch Nails - Pretty Hate Machine" href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails/Pretty+Hate+Machine" class="bbcode_album">Pretty Hate Machine</a> i <a title="Nine Inch Nails - The Downward Spiral" href="http://www.last.fm/music/Nine+Inch+Nails/The+Downward+Spiral" class="bbcode_album">The Downward Spiral</a> pomyślałem &quot;E, to śpiewa jakiś pedał&quot;... U Reznora cenię przede wszystkim szczerość oraz to, że na swoich wcześniejszych albumach (zwłaszcza &quot;The Downward Spiral&quot; i &quot;The Fragile&quot;) umieścił sporą część samego siebie, swoje prawdziwe emocje. Często obśmiewane smutne NINowe teksty (dziś dla wielu wesołych ludzików coś smutnego = EMO!), nie są udawanym pipczeniem - Trent wtedy naprawdę miał się chujowo. Bez cienia przesady; gwoździe są bez wątpienia jednym z najważniejszych zespołów mojego życia - to Reznor i spółka wyznaczyli większość moich muzycznych szlaków, dzięki którym odnalazłem wiele nowych, równie lub bardziej pokręconych.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img106.imageshack.us/img106/5577/coilmaleep8.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/Coil" class="bbcode_artist">Coil</a></strong><br /><br />&quot;Jeśli chcesz prawdziwego, porządnego industrialu, to słuchnij <a title="Coil - Horse Rotorvator" href="http://www.last.fm/music/Coil/Horse+Rotorvator" class="bbcode_album">Horse Rotorvator</a> Coila&quot; - powiedział kiedyś Fałszywy, gdy wspomniałem, że NIN jest zajebiste. Sprawdziłem, ale wtedy mój gust muzyczny nie był wystarczająco rozwinięty by zrozumieć &quot;te dziwactwa&quot; - słuchanie przerwałem gdzieś na numerze czwartym. Mimo wszystko, zespół ten zaintrygował mnie na swój sposób - wielu artystów jechało na prochach, jednak Coil w tej dziedzinie jawił się jako ekstraklasa ćpania. A potem stało się - w łapy wpadł mi <a title="Coil &ndash; Circles Of Mania" href="http://www.last.fm/music/Coil/_/Circles+Of+Mania" class="bbcode_track">Circles Of Mania</a>, notabene z wcześniej olanej płyty. Było to uderzenie kauczukowego młotka obklejonego kawałkami rozbitego szkła przepalonej żarówki prosto między oczy mojej psychiki; hektolitrów perwersji, NAPRAWDĘ chorego wokalu Johna oraz totalnie pokurwionego tekstu tego utworu nie dało się zignorować. Gdzieś w październiku 2005 wyczaiłem album uznawany za jeden z ich najróżnorodniejszych – <a title="Coil - Love's Secret Domain" href="http://www.last.fm/music/Coil/Love%27s+Secret+Domain" class="bbcode_album">Love's Secret Domain</a>. Różnorodność nie była kłamstwem, dzięki czemu LSD szybko wżarło się w mój i tak już przeżarty umysł. Potem poszło <a title="Coil - How to Destroy Angels" href="http://www.last.fm/music/Coil/How+to+Destroy+Angels" class="bbcode_album">How to Destroy Angels</a>. Mimo że jest to jedno z trudniejszych w odbiorze dzieł Coila, klimat zwyczajnie mnie urzekł - podatny wtedy byłem na rzeczy kojarzące mi się z Silent Hillem, a niszczycielom aniołów mglistości nie można było odmówić. Następnie - powrót do &quot;Horse Rotorvator&quot; i <a title="Coil - Scatology" href="http://www.last.fm/music/Coil/Scatology" class="bbcode_album">Scatology</a> - nie dość że zacząłem chwytać to jako muzykę a nie zbiór dźwięków złożonych na prochach, to jeszcze cholernie mi się to spodobało. W następstwie reszta coilowskiej twórczości stała przed moimi chęciami otworem - choć nie podołały one wszystkim wydawnictwom, nawet do teraz. Sporo czasu minęło, doświadczenie napłynęło, skrzywienie się pogłębiło, wypadałoby nadrobić te braki. Taaak, obok gwoździ to Coil zachęcił mnie do słuchania różnorodnej, nie zawsze zdrowej muzyki. Do dziś są dla mnie zespołem, o twórczości którego trudno mówić mi bez prawdziwych emocji. Szkoda tylko, że John Balance zginął jak ostatni idiota.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img230.imageshack.us/img230/1048/ministrymalene3.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/Ministry" class="bbcode_artist">Ministry</a></strong><br /><br />Jako że napisałem o nich co nieco, <a href="http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2007/08/04/10cf_ministry_–_r.i.p._1983-2004">tutaj</a>, piłka będzie krótka. Pozwólcie że przedstawię to równoważnikowo:<br />1. Otrzymanie ścieżki dźwiękowej z MATRIXa (somewhere in 1999)<br />2. Odsłuchanie tracka numer 3 – <a title="Ministry &ndash; Bad Blood" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/Bad+Blood" class="bbcode_track">Bad Blood</a><br />3. Po kilku przesłuchaniach - uznanie Bad Blood za jednego z największych rozpierdalaczy zarówno ze ścieżki dźwiękowej jak i mojego normalnego dzieciństwa<br />4. Po latach (końcówka maja 2005) sięgnięcie po płytę skąd pochodzi zła krew – <a title="Ministry - Dark Side of the Spoon" href="http://www.last.fm/music/Ministry/Dark+Side+of+the+Spoon" class="bbcode_album">Dark Side of the Spoon</a> znaczy się.<br />5. Po kilku przesłuchaniach - uznanie Dark Side Of The Spoon za wykurwistą płytę. d(-_-)b<br />6. Chęć sięgnięcia po więcej - złapanie <a title="Ministry - Psalm 69" href="http://www.last.fm/music/Ministry/Psalm+69" class="bbcode_album">Psalm 69</a><br />(...)<br />trochę później. Ministry jest zajebisty! AAANIMOOOSITYYY! \m/d(-_-)b\m/<br />(...)<br />dużo, dużo później. Udanie się na <a href="http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/07/16/22l96i_%2528%25CE%25BB%25CE%25BB%2529_i_n_i_s_%252B_r_%2528%255C%257C%2529_-_na_%25C5%25BCywo_%2540_stodo%25C5%2582a">koncert MINISTRY</a>.<br />Jak napisałem w żurnalu apropo ich występu: <span class="quote">(...) ministralni są jedynym napierdalankowym zespołem którego twórczość znam niemalże w stu procentach (i w sumie jedyny jaki częściej słucham).</span> I tyle tutaj o nich :)<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img111.imageshack.us/img111/7236/pinkfloydmalebc5.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/Pink+Floyd" class="bbcode_artist">Pink Floyd</a></strong><br /><br />Kolejny zespół który istniał w mojej świadomości od zawsze, któż zresztą o nich nie słyszał? Nim zapoznałem się z ich muzyką bliżej, słyszałem jedynie pojedyncze, najpopularniejsze kawałki (znaczy się cegła, życzenie, kasa). Na początku 2006 kumpel, miłośnik zespołu, puścił mi z discmana swego <a title="Pink Floyd &ndash; Echoes" href="http://www.last.fm/music/Pink+Floyd/_/Echoes" class="bbcode_track">Echoes</a>. Mówiąc prosto ale szczerze - było to coś, czego wcześniej nie słyszałem. Ten morsko-kosmiczny klimat nie mógł przejść obok moich uszu niezauważony - sięgnąłem więc po więcej. <a title="Pink Floyd - The Wall" href="http://www.last.fm/music/Pink+Floyd/The+Wall" class="bbcode_album">The Wall</a>, z początku wspaniałe, przez patos przelewający się przez niemalże każdą nutę bardzo szybko mi się znudziło. Poważniejsza znajomość zaczęła się od <a title="Pink Floyd - Dark Side of the Moon" href="http://www.last.fm/music/Pink+Floyd/Dark+Side+of+the+Moon" class="bbcode_album">Dark Side of the Moon</a> i <a title="Pink Floyd - Wish You Were Here" href="http://www.last.fm/music/Pink+Floyd/Wish+You+Were+Here" class="bbcode_album">Wish You Were Here</a>, jednak było to dopiero preludium przed najlepszym co wydało Pink Floyd - ich pierwszymi, najbardziej psychodelicznymi albumami. Z początku wydawały mi się dziwne i nieco infantylne, &quot;dziecinność&quot; jednak szybko stała się czymś fascynującym i wyróżniającym wczesną twórczość flojdziaków od &quot;post-obskurowych&quot; albumów. Tym brakowało tego niesamowitego, przyćpano-kosmicznego klimatu, klimatu którego inni podobni bądź &quot;inspired by&quot; wykonawcy nie potrafią odtworzyć nawet w minimalnym stopniu. Wcześniej wspomniane klasyki są wysoko wsród moich muzycznych faworytów, jednak <a title="Pink Floyd - Piper At The Gates Of Dawn" href="http://www.last.fm/music/Pink+Floyd/Piper+At+The+Gates+Of+Dawn" class="bbcode_album">Piper At The Gates Of Dawn</a>, <a title="Pink Floyd - Ummagumma" href="http://www.last.fm/music/Pink+Floyd/Ummagumma" class="bbcode_album">Ummagumma</a> i <a title="Pink Floyd - Atom Heart Mother" href="http://www.last.fm/music/Pink+Floyd/Atom+Heart+Mother" class="bbcode_album">Atom Heart Mother</a> kładą dla mnie na łopatki wszystko co później miało stworzyć Pink Floyd. Ciekawi mnie natomiast, jak potoczyłyby się ich losy gdyby <a href="http://www.last.fm/music/Syd+Barrett" class="bbcode_artist">Syd Barrett</a> nie przesadził z ćpaniem i nie został wykluczony z zespołu...<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img111.imageshack.us/img111/2084/kingcrimsonxi7.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/King+Crimson" class="bbcode_artist">King Crimson</a></strong><br /><br />Pod koniec stycznia 2006 Gepa wysłał mi <a title="King Crimson &ndash; Epitaph" href="http://www.last.fm/music/King+Crimson/_/Epitaph" class="bbcode_track">Epitaph</a> i <a title="King Crimson &ndash; 21st Century Schizoid Man" href="http://www.last.fm/music/King+Crimson/_/21st+Century+Schizoid+Man" class="bbcode_track">21st Century Schizoid Man</a>. O ile pierwszy jeszcze mi nie podchodził (już widzę żądne mordu oczy pataf... epitafia... miłośników Epitafium), drugiemu już za pierwszym razem pozwoliłem się porwać i w starym stylu zgwałcić moją psychikę. I od wstąpienia na dwór Karmazynowego Króla zaczęła się znajomość z jednym z najlepszych, najciekawszych i najoryginalniejszych zespołów jaki istnieje do tej pory. Twórczość formacji poznawałem chronologicznie. <a title="King Crimson - In the Court of the Crimson King" href="http://www.last.fm/music/King+Crimson/In+the+Court+of+the+Crimson+King" class="bbcode_album">In the Court of the Crimson King</a>, <a title="King Crimson - Lizard" href="http://www.last.fm/music/King+Crimson/Lizard" class="bbcode_album">Lizard</a>, <a title="King Crimson - Larks' Tongues in Aspic" href="http://www.last.fm/music/King+Crimson/Larks%27+Tongues+in+Aspic" class="bbcode_album">Larks' Tongues in Aspic</a>, <a title="King Crimson - Red" href="http://www.last.fm/music/King+Crimson/Red" class="bbcode_album">Red</a>, <a title="King Crimson - Discipline" href="http://www.last.fm/music/King+Crimson/Discipline" class="bbcode_album">Discipline</a> i <a title="King Crimson - The Power to Believe" href="http://www.last.fm/music/King+Crimson/The+Power+to+Believe" class="bbcode_album">The Power to Believe</a> jako muzyczne całości urzekły mnie najbardziej. Na reszcie albumów znalazło się jednak sporo karmazynowych pereł o mocnym blasku, które zmieszane ze wspomnianymi powyżej ławicami wyśmienicie je urozmaicają (za dużo, by wymienić i nie oślepnąć). King Crimson to jedyny w moim zestawieniu prog-rockowy akcent, wypadałoby więc odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Odpowiedź będzie banalna, dla niektórych również ignorancka - klimat, styl Frippa, eksperymenty idealnie trafiające w mój gust, częste zmiany brzmienia i kierunków oraz brak przynudzania, które w wypadku rocka progresywnego bywa drugą stroną cienkiej linii, naprzeciw zachwytu.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img111.imageshack.us/img111/3475/amontobinmalecg4.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/Amon+Tobin" class="bbcode_artist">Amon Tobin</a></strong><br /><br />O tym artyście wspomniał mi również kumpel - co prawda sam słuchał tylko <a title="Amon Tobin &ndash; Reanimator" href="http://www.last.fm/music/Amon+Tobin/_/Reanimator" class="bbcode_track">Reanimator</a> (gut czojs!), ale o istnieniu dowiedział się od brata. W wakacje 2006, okresie w którym zaostrzyły mi się zmysły drapieżcy muzycznych odkryć, Tobin był jedną z ofiar. Na pierwszy ogień poleciał jego najpopularniejszy <a title="Amon Tobin - Supermodified" href="http://www.last.fm/music/Amon+Tobin/Supermodified" class="bbcode_album">Supermodified</a> - od <a title="Amon Tobin &ndash; Four Ton Mantis" href="http://www.last.fm/music/Amon+Tobin/_/Four+Ton+Mantis" class="bbcode_track">Four Ton Mantis</a> zaczęła się moja miłość do muzyki tego niesamowitego Brazylijczyka. Jeśli <a href="http://www.last.fm/music/DJ+Shadow" class="bbcode_artist">DJ Shadow</a> jest odpowiednikiem bitelsów w muzyce samplowanej, Amon Tobin to jej Hendrix. Esencją jego porytości i najmocniejszym aktem &quot;niezaszufladkowalności&quot; jest dla mnie trzeci longplay – <a title="Amon Tobin - Permutation" href="http://www.last.fm/music/Amon+Tobin/Permutation" class="bbcode_album">Permutation</a>. Za każdym razem słuchając potrzaskanej mieszanki jazzu, drum n' bassu, breakbitu, jungle i Bóg (niech ma Tobina w swojej opiece) wie czego jeszcze, zastanawiam się jak bardzo pokruszone musiało być szkło w donosowej mieszance wspomagającej go w nagrywaniu (zresztą i tak było pewnie jednym ze słabszych składników). Bo jak inaczej mógłby stworzyć coś tak chorego, mózgo-dziurawiącego oraz kopiącego zdołowaniem i pozytywną energią jednocześnie? Ale należy oddać sprawiedliwość reszcie krążków - każdy jego album to dzieło znacznie różniące się od poprzednika bądź następcy, każdy NAPRAWDĘ warto przesłuchać. Jak to ktoś kiedyś rzekł - &quot;dystans między geniuszem a szaleństwem mierzony jest jedynie przez sukces&quot;. Amon Adonai Santos de Araujo Tobin zebrał wszystkie te czynniki w jednym miejscu, a dystans uczynił punktem numer 3.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img148.imageshack.us/img148/4935/theprodigynu3.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/The+Prodigy" class="bbcode_artist">The Prodigy</a></strong><br /><br />Nie wiedzieć o istnieniu prodidżów do dziś jest dużą sztuką. Nawet ja, który w czasach największego ich rozpromowania w Polsce (A.D. 1997) nie oglądał MTV i podobnych, wiedział o ich istnieniu. Gorzej z kojarzeniem samych numerów - gdzieś do marca 2006 ze słyszenia znałem tylko <a title="The Prodigy &ndash; Smack My Bitch Up" href="http://www.last.fm/music/The+Prodigy/_/Smack+My+Bitch+Up" class="bbcode_track">Smack My Bitch Up</a>. Właśnie wtedy sięgnąłem po <a title="The Prodigy - Fat Of The Land" href="http://www.last.fm/music/The+Prodigy/Fat+Of+The+Land" class="bbcode_album">Fat Of The Land</a>, album, który trafił do Księgi Rekordów Guinnessa w kategorii najszybciej sprzedającego się w Wielkiej Brytanii. I mimo że już wtedy &quot;grubas&quot; był dla mnie &quot;tylko&quot; czymś bardzo fajnym, szybko sięgnąłem po resztę. Znienawidzony przez wielu <a title="The Prodigy - Always Outnumbered, Never Outgunned" href="http://www.last.fm/music/The+Prodigy/Always+Outnumbered%2C+Never+Outgunned" class="bbcode_album">Always Outnumbered, Never Outgunned</a> strawiłem zaskakująco dobrze, mimo że czuć na nim paloną gumę furgonetki pędzącej Autostradą MTV. Fajna i lekka acz płytka muzyka, akurat do posłuchania i pobaunsowania, jak na &quot;komerchę&quot; bardzo smaczne. Za największe osiągnięcie zespołu uważam <a title="The Prodigy - Music For The Jilted Generation" href="http://www.last.fm/music/The+Prodigy/Music+For+The+Jilted+Generation" class="bbcode_album">Music For The Jilted Generation</a> - te niemalże 80 minut z 1994 roku jest szczytem prodidżowskiej formy, którego wierzchołek przez 14 lat nie stracił na wysokości ani trochę. Muzyka dla porzuconego pokolenia jest wielką, konkretnie wbiającą się w dupę ostrą strzykawką wypełnioną czystą energią. Brzmieniem idealnie dopasowała sie zarówno do masowych imprez jak i undergroundowych rejwów. Ten krążek to najlepsza odpowiedź na pytanie, czemu The Prodigy zasłużyło na popularność. Zbrodnią byłoby jeszcze nie wspomnieć o <a title="The Prodigy - Experience" href="http://www.last.fm/music/The+Prodigy/Experience" class="bbcode_album">Experience</a>; mimo &quot;dzieciakowatości&quot; w prawie każdym kawałku (te przyśpieszone sample wokalne nie mogą nie wywołać uśmiechu), nie jest to wiksa, jakiej się spodziewałem przed pierwszym przesłuchaniem. Debiut prodidżów jest wprost stworzony do imprez, gdzie potrzeba wkręcającej, dobrej do tańczenia, ale nie prymitywnej muzy - wszystkie te warunki spełnia jak trza. No i ten oldskulowy klimat naćpanej beztroski - bezcenny! A na koniec, wróćmy z przeszłości do teraźniejszości, wypatrując przyszłość - nowego albumu znaczy się. Szczerze mówiąc, jeśli ma być złożony przede wszystkim z kawałków granych ostatnimi czasy live (m.in. <a title="The Prodigy &ndash; Worlds On Fire" href="http://www.last.fm/music/+noredirect/The+Prodigy/_/Worlds+On+Fire" class="bbcode_track">Worlds On Fire</a>, <a title="The Prodigy &ndash; Warriors Dance" href="http://www.last.fm/music/+noredirect/The+Prodigy/_/Warriors+Dance" class="bbcode_track">Warriors Dance</a>, <a title="The Prodigy &ndash; Mescaline" href="http://www.last.fm/music/The+Prodigy/_/Mescaline" class="bbcode_track">Mescaline</a>), nie wróżę mu przełomowości (choć przyznaję, że wspomnianych numerów nie słyszałem). Nie wspominam już, że termin wydania był wielokrotnie przekładany (&quot;Okej, w grudniu 2008 oficjalnie ogłosimy datę ujawnienia oficjalnego, ostatecznego tytułu naszego nowego krążka&quot; :P). No nic, pożyjemy, zobaczymy.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img148.imageshack.us/img148/9413/alecempiremalegp2.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/Alec+Empire" class="bbcode_artist">Alec Empire</a></strong><br /><br />&quot;Intelligence &amp; Sacrifice&quot; - kolejna rekomendacja muzyczna od ANTHa, somewhere in marzec 2006. Artysta sprawdzony z najzwyklejszego &quot;może być fajne&quot; okazał się jednym z największych przesterowników mojego gustu muzycznego. Alexandrowi Wilkie zawdzięczam wiele; nie-kojarzenie terminu &quot;techno&quot; z umcyko-piardami (<a title="Alec Empire - Limited Editions 1990-1994" href="http://www.last.fm/music/Alec+Empire/Limited+Editions+1990-1994" class="bbcode_album">Limited Editions 1990-1994</a>, &quot;Generation Star Wars&quot;), odkrycie zamiłowania do NAPRAWDĘ głośnej muzyki (<a title="Alec Empire - The Destroyer" href="http://www.last.fm/music/Alec+Empire/The+Destroyer" class="bbcode_album">The Destroyer</a>, pierwszy krążek &quot;Intelligence &amp; Sacrifice&quot;), zwiększenie otwartości na skrajnie różne eksperymenty (<a title="Alec Empire - Low On Ice" href="http://www.last.fm/music/Alec+Empire/Low+On+Ice" class="bbcode_album">Low On Ice</a>, drugi krążek &quot;Intelligence &amp; Sacrifice&quot;) oraz uzyskanie kolejnego odstraszacza normalnych ludzi (cała jego twórczość). Ech, czemu Alec po tylu latach szerzenia muzycznego rozpierdolu musiał wziąć się za bezjajeczy punk i pierdzący &quot;hardkorowy&quot; synth-pop (przy okazji udowadniając że ze śpiewaniem idzie mu raczej kiepsko)? Tu macz nojs?<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img148.imageshack.us/img148/4659/thechemicalbrothersmaleqr5.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers" class="bbcode_artist">The Chemical Brothers</a></strong><br /><br />Znając The Prodigy trudno byłoby nie nadziać się na chemicznych braci - drugich największych wymiataczy w branży big beatu. O dziwo jednak, z początku (gdzieś w drugiej połowie 2006) chemiczni wydawali mi się ciężką do przetrawienia elektroniczną papką - dźwięki z <a title="The Chemical Brothers - Dig Your Own Hole" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/Dig+Your+Own+Hole" class="bbcode_album">Dig Your Own Hole</a> w ogóle do mnie nie trafiały, luzem przelatując przez uszy i umysł. Sytuacja na szczęście szybko uległa zmianie - do chemicznych powróciłem gdzieś na początku 2007. I wtedy <a href="http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/03/24/10cj_the_chemical_brothers_-_dig_your_own_hole">DYOH</a> wykopał mnie z butów. Psychodeli zawartej na tymże krążku pozazdrościć może chemicznym wielu undergroundowych twórców. Ten ciężar połączony z kwasem i spidem do dziś swoim narkotycznym czadem zmiata ogromną część starszych i współcześniejszych tanecznych albumów. Moim zdaniem po &quot;Dig Your Own Hole&quot; duetowi nie udało się stworzyć nic, co dorównywałby tej płycie, o prześciganiu nie ma co wspominać. Jedynymi krążkami które (w niewielkim stopniu) weszły w głąb dziury są <a title="The Chemical Brothers - Exit Planet Dust" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/Exit+Planet+Dust" class="bbcode_album">Exit Planet Dust</a> i <a title="The Chemical Brothers - Come With Us" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/Come+With+Us" class="bbcode_album">Come With Us</a>. Pierwszy uwielbiam za klimat, który jest jak wino - im starszy, tym lepiej się słucha i milej wspomina tamte czasy. Drugi za to, że jest po prostu bardzo dobry - w pojedynku z <a title="The Chemical Brothers - Surrender" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/Surrender" class="bbcode_album">Surrender</a> wygrywa jako całość (co nie znaczy że następca DYOH jest słaby, o nie). Ogólnie Simons i Rowland nie wydali żadnego albumu, który uznałbym za niepotrzebne marnowanie zasobów tłoczni. Nawet tak często jeżdżony <a title="The Chemical Brothers - Push The Button" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/Push+The+Button" class="bbcode_album">Push The Button</a> czy średni <a title="The Chemical Brothers - We Are the Night" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/We+Are+the+Night" class="bbcode_album">We Are the Night</a> - słabe momenty są wynagradzane przez liczniejsze dobre i zajebiste. Choć obawy dotyczące produkowania przez chemicznych muzyki dla rockowych/popowych gwiazdeczek przestają być już takie bezpodstawne... <br /><br />---<br /><br /><img src="http://img220.imageshack.us/img220/2817/aphextwinmaleao2.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/Aphex+Twin" class="bbcode_artist">Aphex Twin</a></strong><br /><br />Kolejna legenda muzyki elektronicznej przez wielu okrzyknięta współczesnym Mozartem. Pierwszymi jego numerami jakie poznałem były <a title="Aphex Twin &ndash; Come to Daddy" href="http://www.last.fm/music/Aphex+Twin/_/Come+to+Daddy" class="bbcode_track">Come to Daddy</a> i <a title="Aphex Twin &ndash; Windowlicker" href="http://www.last.fm/music/Aphex+Twin/_/Windowlicker" class="bbcode_track">Windowlicker</a>, gdzieś pod koniec 2004. Mimo że była to wtedy NIECO nie moja muzyka, nie mogłem o nich zwyczajnie zapomnieć - także za sprawą genialnych teledysków Chrisa Cunninghama. Gorąco polecany mi przez ANTHa (again) <a title="Aphex Twin - Selected Ambient Works 85-92" href="http://www.last.fm/music/Aphex+Twin/Selected+Ambient+Works+85-92" class="bbcode_album">Selected Ambient Works 85-92</a> był (i nadal jest) jednym z najbardziej wychwalanych albumów w historii muzyki elektronicznej. Gdzieś po trzech numerach uznałem jednak, że zdecydowanie nie jest to moja para kaloszy i na długo odstawiłem. Do próbowania wróciłem gdzieś w kwietniu 2006, chwytając za <a title="Aphex Twin - Drukqs" href="http://www.last.fm/music/Aphex+Twin/Drukqs" class="bbcode_album">Drukqs</a>. Misz-masz pociętego &amp; potrzaskanego techna, ambientu i krótkich pianinowych utworów (brzmiących jak prawdziwe, w rzeczywistości składają się z zaprogramowanych klawiszowych sekwencji) od razu przypadł mi do gustu, SAW 85-92 wciąż jednak za nic nie chciał się przyswoić. Spróbowałem więc z woljumem drugim. I był to bez wątpienia jeden z najważniejszych momentów dla mojego gustu muzycznego; <a title="Aphex Twin - Selected Ambient Works - Volume II" href="http://www.last.fm/music/Aphex+Twin/Selected+Ambient+Works+-+Volume+II" class="bbcode_album">Selected Ambient Works - Volume II</a> był moim wprowadzeniem w świat minimalistycznego ambientu. Co prawda wcześniej próbowałem z paroma innymi rzeczami, jednak dopiero dwupłytowe arcydzieło Aphexa otworzyło mój umysł na taką muzykę. I za to jestem Ryśkowi cholernie wdzięczny. Jednak, poza wcześniej wspomnianymi rzeczami (SAW 85-92 w końcu przypadł mi po jakimś czasie, choć nie tak bardzo jak dwójka), nie słucham reszty jego twórczości zbyt często, z wyjątkiem pojedynczych numerów od czasu do czasu. Moim cichym marzeniem jest natomiast &quot;Selected Ambient Works - Volume III&quot;, będący godną kontynuacją duetu, łączącą przeszłość z teraźniejszością. Co prawda szanse na takie wydawnictwo są mniejsze niż zero, ale pomarzyć zawsze można...</div>]]></description>
               </item>
      <item>
         <title>Ulver - Shadows Of The Sun</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/08/04/23m6d7_ulver_-_shadows_of_the_sun</link>
         <pubDate>Mon, 4 Aug 2008 03:14:33 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/08/04/23m6d7_ulver_-_shadows_of_the_sun</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode">Cóż, miała być trzecia część podsumowania. Cóż, nie ma jej. I cóż mogę powiedzieć? Cóż... To co miało być jej zawartością trafi... powinno trafić na mojego żurnala w pojedynczych fragmentach. W nieokreślonych odstępach czasu. W końcu ważniejszy bywa fakt istnienia niż forma, nieprawdaż? Pieprzyć wyrzuty sumienia związane z &quot;niedopełnionymi postanowieniami&quot;. Pieprzyć postanowienia i zamiast bawić się w zapowiedzi, wrzucać to co jest. To będzie znacznie lepsze niż obiecywanie gruszek na wierzbach, które potem kończą niedorośnięte.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img255.imageshack.us/img255/6878/shadowsofthesunbq5.jpg" /><br /><br /><a href="http://www.last.fm/music/Ulver" class="bbcode_artist">Ulver</a> - <a title="Ulver - Shadows of the Sun" href="http://www.last.fm/music/Ulver/Shadows+of+the+Sun" class="bbcode_album">Shadows of the Sun</a> (1 października 2007)<br /><br />Zespół, którego najnowszy krążek teraz opiszę, jest dla mnie synonimem muzycznego kontrastu. Mało która formacja przemieszcza się między gatunkami i ich odmianami tak swobodnie jak <a href="http://www.last.fm/music/Ulver" class="bbcode_artist">Ulver</a>. Wilki bez cienia wątpliwości mogę zaliczyć do WIELKICH przełomu tysiącleci, przy czym w żadnej z tych ośmiu liter nie ma ani grama przesady. Każde z ich dzieł pachnie poprzednim, jednocześnie z nim kontrastując i dodając dużo własnej świeżości. &quot;Shadows Of The Sun&quot; nie jest wyjątkiem.<br /><br />Już sama zapowiedź albumu, jako pełnego &quot;niskich tonów i mroku&quot; sugerowała, że nastepna jazda Norwegów obejdzie się bez szaleństw i schizofrenicznej orgii dźwięków rodem z poprzedniego <a title="Ulver - Blood Inside" href="http://www.last.fm/music/Ulver/Blood+Inside" class="bbcode_album">Blood Inside</a>. Zespół wspominał, że podczas tworzenia inspirował się zarówno muzyką klasyczną jak i twórcami XX wieku, lubiącymi wplatać w swoją twórczość awangardę (m.in. <a href="http://www.last.fm/music/Pink+Floyd" class="bbcode_artist">Pink Floyd</a>, <a href="http://www.last.fm/music/David+Sylvian" class="bbcode_artist">David Sylvian</a>, <a href="http://www.last.fm/music/Coil" class="bbcode_artist">Coil</a>, <a href="http://www.last.fm/music/Univers+Zero" class="bbcode_artist">Univers Zero</a>).<br /><br />Wrażenie towarzyszące mi zarówno przy pierwszym, jak i po wielu przesłuchaniach: jest spokojnie i minimalistycznie. Najspokojniej w całej ulverowskiej twórczości. Co prawda na &quot;cichych&quot; EPkach (<a title="Ulver - Silence Teaches You How To Sing" href="http://www.last.fm/music/Ulver/Silence+Teaches+You+How+To+Sing" class="bbcode_album">Silence Teaches You How To Sing</a> i <a title="Ulver - Silencing the Singing" href="http://www.last.fm/music/Ulver/Silencing+the+Singing" class="bbcode_album">Silencing the Singing</a>) Wilki śmiało flirtowały z dźwiękami zbliżonymi do ciszy, przepełniły je jednak ogromnymi dawkami niepokoju. Dla niektórych wręcz niezdrowymi.<br /><br />Kompozycje cieni słońca są do siebie równie podobne co różne - zarówno jeśli mowa o stronie czysto technicznej jak i palecie nastrojów. Wspomniany przed chwilą niepokój jest słodko-gorzkim miodem pitnym, pojawia się często wtedy, gdy niepewni zastanawiamy się, jaką drogą podąży kolejny utwór. Co ważniejsze - czy zaprowadzi nas do krainy ulotnego szczęścia o smaku słodkich kolców bezlitośnie przebijających każdy centymetr naszej tętnicy czy na ceremonię żałobną z pustą trumną, skąpaną w blasku trzech słońc i połowy księżyca - zależy w dużej mierze od słuchacza. Kwestia &quot;co mogę czuć słuchając tego albumu&quot; zbliżona jest bardziej do porozrzucanych kartek niż gotowej, oprawionej książki.<br /><br />Idąc dalej, pozwólcie że zamiast technicznie charakteryzować utwory opiszę ich skład w nieco inny sposób. Ulver i goście tworząc ten krążek mieli do dyspozycji nietypowe substancje i typowe naczynia. Naczynie smutku po brzegi wypełnili pięknem, naczynie piękna po brzegi wypełnili smutkiem. Proces ten powtórzyli dziewięć razy, za każdym razem przelewając innym sposobem (co nie pozostało bez wpływu na kształt ostateczny). Po odpowiednio długim leżakowaniu między cieniem a światłem, zawartość dziewięciu par słoików zostaje przelana do jednego, ogromnego, o &quot;odrętwiałej&quot; powierzchni. Efekt końcowy pozostaje mieszaniną niejednorodną. Jest jednak możliwość uczynienia z niej jednorodnej – tego dokonać może już tylko słuchacz.<br /><br />Czym byłaby jednak taka substancja, jeżeli jej cząsteczki nie tworzyłyby odpowiednio brzmiących związków? I niech to będzie ostatnie pytanie w tejże recenzji, ponieważ Ulver na tym polu NIE MÓGŁ zawieść. Wśród wcześniej wspomnianych gości znaleźli się m.in. <a href="http://www.last.fm/music/Fennesz" class="bbcode_artist">Fennesz</a>, legenda muzyki &quot;eksperymentalno-klikająco-szumiąco-hałasującej&quot; oraz <a href="http://www.last.fm/music/Pamelia+Kurstin" class="bbcode_artist">Pamelia Kurstin</a>, thereministka przez wielu uważana za współczesną Clarę Rockmore. Głównym szkieletem instrumentarium są tu pianino i smyczki. Dobrze zbudowane ciało i uroda są wielkimi grzechami postaci będącej odzwierciedleniem muzycznej całości. Są to jednak grzechy cholernie warte popełnienia.<br /><br />Po raz kolejny przychodzi mi napisać ostatni akapit, po raz kolejny jestem w kropce. Niech więc drogi czytelniku i słuchaczu, akapit który czytasz będzie przedostatni, a ostatni niech pozostanie pustym, jak ostatnie dwie minuty ostatniego utworu Cieni Słońca. Bo cisza to też muzyka, pustka to też treść. I niech one służą za odpowiedź na pytanie, którym jest ta recenzja.</div>]]></description>
               </item>
      <item>
         <title>(ΛΛ) I N I S + R (\|/) - na żywo @ Stodoła</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/07/16/22l96i_%2528%25CE%25BB%25CE%25BB%2529_i_n_i_s_%252B_r_%2528%255C%257C%2529_-_na_%25C5%25BCywo_%2540_stodo%25C5%2582a</link>
         <pubDate>Wed, 16 Jul 2008 15:17:24 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/07/16/22l96i_%2528%25CE%25BB%25CE%25BB%2529_i_n_i_s_%252B_r_%2528%255C%257C%2529_-_na_%25C5%25BCywo_%2540_stodo%25C5%2582a</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode"><a href="http://www.last.fm/event/557116+Ministry+at+Stodo%C5%82a+on+15+July+2008" class="bbcode_event">Tue 15 Jul – Ministry, Agressiva 69, Dick4Dick</a><br /><br />Jakby tu zacząć... O, dnia 15 lipca w Stodole odbywał się koncert <a href="http://www.last.fm/music/Ministry" class="bbcode_artist">Ministry</a>. Wbiliśmy do Stodoły, około 21-szej Ministry weszło na scenę i wykurwiali przez dwie godziny. Było wykurwiście, \m/(*_*)\m/ JE! \m/(*_*)\m/.<br /><br />Hm, chyba trochę za krótko i niezbyt szczegółowo. Falstart, rewind!<br /><br />Dnia 15 lipca w Stodole odbywał się koncert Ministry. Jako że ministralni są jedynym napierdalankowym zespołem którego twórczość znam niemalże w stu procentach (i w sumie jedyny jaki częściej słucham) trzeba było się wybrać. Nie wspominając, że był to przedostatni koncert industrial-metalowych dinozaurów. Okej, w sumie jedynym dinozaurem był tam Jourgensen, reszta luda podochodziła między 2005 a 2008, ale nie czepiajmy się takich szczegółów :P<br /><br />Na koncert w okolicach w pół do siódmej odbiłem z towarzyszem Miękkim (pozdroł ziom). Niestety, support w postaci Agressivy 69 przegapiliśmy, zdążyliśmy jednak na <a href="http://www.last.fm/music/Dick4Dick" class="bbcode_artist">Dick4Dick</a>. Należy oddać im należytą sprawiedliwość - jak dla mnie dobrze rozgrzewali publikę przed nadchodzącą ścianą ognia. Jeśli tylko nie zamienią jajcarstwa i wąsów na wąsiasto-miękko-jajeczne-hiciory, trzeba będzie wybrać się gdy będą grali jako gwiazda wieczoru. Gdy zeszli ze sceny, pozostało czekać na ministrantów. Poprzedzeni puszczonym z offa numerem Wojujących Kogutów/Kutasów (<a href="http://www.last.fm/music/Revolting+Cocks" class="bbcode_artist">Revolting Cocks</a>, jak kto woli) i przedwczesnym &quot;pogiem&quot;, wbili o 21.<br /><br />W tym miejscu powinienem wstawić lewy nawias, kropkękropkękropkę, nawias prawy, ponieważ odpowiednimi słowami rzeczy dziejących się na koncercie nie opiszę. Spróbujmy jednak przybliżyć sprawę - było ostro, kurewsko ostro. O ile o numerach z ostatnich dwóch krążków napisałem to co napisałem, na żywca jako silnik napędowy tłumu przedniego sprawdziły się wyśmienicie. W okolicach barierki odbywało się konkretne pogowanie. Mimo że nie zaliczałem sie do elity pogowiczów, dziwię się, że bolą mnie jedynie biodra, trochę mostek, no i gardło.<br /><br />Co do repertuaru - pora odrobinę ponarzekać - żałuję że nie usłyszałem więcej starszych hiciorów Ministry, nasze wołania o <a title="Ministry &ndash; Bad Blood" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/Bad+Blood" class="bbcode_track">Bad Blood</a> nie przyniosły skutku. Jako że był to pożegnalny tour, Al mógł poświęcić parę nowszych numerów na rzecz klasyków - <a title="Ministry &ndash; Stigmata" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/Stigmata" class="bbcode_track">Stigmata</a>, <a title="Ministry &ndash; Jesus Built My Hotrod" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/Jesus+Built+My+Hotrod" class="bbcode_track">Jesus Built My Hotrod</a>, <a title="Ministry &ndash; Hero" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/Hero" class="bbcode_track">Hero</a>, <a title="Ministry &ndash; Psalm 69" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/Psalm+69" class="bbcode_track">Psalm 69</a> no i wspomniany zdanie wcześniej Bad Blood. Za to cholernie miłą niespodzianką była dla mnie obecność <a title="Ministry &ndash; So What" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/So+What" class="bbcode_track">So What</a> i <a title="Ministry &ndash; Thieves" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/Thieves" class="bbcode_track">Thieves</a> na bisach - zrobiło się oldskulowo w najministralniejszym tego słowa znaczeniu. A pod koniec <a title="Ministry &ndash; N.W.O." href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/N.W.O." class="bbcode_track">N.W.O.</a> i <a title="Ministry &ndash; Just One Fix" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/Just+One+Fix" class="bbcode_track">Just One Fix</a> - najlepszy gatunek totalnego ministralnego rozpierdolu. Słuchając tego na żywo siła kumulowana w mózgu zaczyna mieć tenże narząd w dupie i przechodzi na resztę ciała, chwytając jak najwięcej energii. <a title="Ministry &ndash; What a Wonderful World" href="http://www.last.fm/music/Ministry/_/What+a+Wonderful+World" class="bbcode_track">What a Wonderful World</a> niemalże w romantyczny sposób zakończyło szoł - gdyby nie druga, przyśpieszona część utworu, słowo &quot;niemalże&quot; mógłbym sobie darować :P Taaak, bisowa część koncertu jak dla mnie zdecydowanie lepsza od &quot;właściwej&quot; (choć trzy numery z domków kretów zajebiście dawały radę).<br /><br />Szkoda, że to już koniec 27-letniego wymiatania Ministry. Mam jednak nadzieję, że Al albo nas wkręca, albo powróci z jakimś nie mniej czaderskim projektem solowym i uraczy nas kolejnym atakiem na uszy w Polsce. Tak więc... Na razie panowie ;)<br /><br />---<br /><br />PS. Mini-reklama - skoro przy ministralnych jesteśmy, zapraszam również do <a href="http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2007/08/04/10cf_ministry_–_r.i.p._1983-2004">tego żurnala</a> ;)<br /><br />PS2. <em>Kiedyś Ministry dało potężnego kopa w dupę muzyce industrial. Na sam koniec oni na takowego zasługują.</em> - po koncercie to drugie zdanie może iść się walić.</div>]]></description>
               </item>
      <item>
         <title>Belong - October Language</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/05/05/10ck_belong_-_october_language</link>
         <pubDate>Mon, 5 May 2008 22:04:53 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/05/05/10ck_belong_-_october_language</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode">Wstęp nie jest potrzebny.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img153.imageshack.us/img153/1254/octoberux3.jpg" /><br /><br /><a href="http://www.last.fm/music/Belong" class="bbcode_artist">Belong</a> - <a title="Belong - October Language" href="http://www.last.fm/music/Belong/October+Language" class="bbcode_album">October Language</a> (8 lutego 2006)<br /><br />Na pierwszy rzut oka można rzec, że Belong odkryłem zupełnym przypadkiem. Przeglądając strony internetowe natrafiłem na informację o nich, a jako iż muzyka była klasyfikowana jako ambient/shoegaze - &quot;why not&quot; - pomyślałem. Ambient uwielbiam, shoegaze jawił mi się natomiast jako dźwiękowa przyprawa, dodająca nieco eksperymentalnego hałasu. Gdy doczytałem jeszcze, że muzyka ta tworzona jest głownie z użyciem przesterowanych gitar, propozycja Turka Dietricha i Michaela Jonesa wydała mi się jeszcze ciekawsza. W końcu dorwałem, a następnie wcisnąwszy PLAY...<br /><br /><em>.REWIND.</em><br /><br />...wróćmy do pierwszego zdania, skupiając się na jego drugiej części. Czy poznanie Belong było przypadkowe? Wierząc w prawo przyciągania, wedle którego rzeczy o podobnych częstotliwościach przyciągają się, uważam że absolutnie NIE. Jakkolwiek dla niektórych niedorzecznie może to zabrzmieć - zapragnąłem cudownej muzyki, w której zakocham się po uszy, zupełnie innej niż to co znam. W wyniku pragnienia cudowna muzyka sama do mnie przyszła. Właśnie w postaci Belong.<br /><br />Nie była to jednak miłość od pierwszego usłyszenia. Na początku były hałas i chaos, z których próbowałem wyłapać melodie. Bezskutecznie. Hałas i chaos wciąż pozostawały na pierwszym planie. Nawet mojemu wewnętrznemu projektorowi trudno było przetworzyć te dźwięki na obrazy. Wszystko, zarówno na przestrzeni muzycznej jak i wyobraźni zlewało się w całość...<br /><br /><em>.FORWARD.</em><br /><br />...zanurzyłem się w krainie hałasu. Każdy dźwięk był kolejnym powiewem wiatru, pieszczącym moje bębenki. Nigdy nie spodziewałem się, że coś opartego przede wszystkim na przesterach i hałasie może wprowadzić w stan błogości lepiej niż muzyka oparta na cichych dźwiękach. Tutaj nieraz chcą rozsadzić głowę, przy czym - paradoksalnie - działają niczym wewnętrzny środek kojąco-uspokajający. Cudowny paradoks.<br /><br /><em>.PAUSE.</em><br /><br />Jednak po paru przesłuchaniach, melodie same zaczęły łączyć się z systemem nerwowym moich uszu. Puste taśmy klatka po klatce zaczęły napełniać się równie niesamowitymi co abstrakcyjnymi krajobrazami. Chaos stał się natomiast perfekcyjnie zaplanowaną kompozycją...<br /><br />Jak wcześniej wspomniałem, muzyka Belong oparta jest na przesterowanych gitarach. Wszystko pocięto i wrzucono do oceanu noise'u, przy czym jego fale uderzają w uszy łagodnie; nie są to konkretne &quot;chlustnięcia&quot;, raczej powolne napływy gęstej morskiej piany. Z początku szczypiąca, po wmasowaniu staje się maścią. Apetyt na nią rośnie w miarę jedzenia i... zostaje zaspokojony. A to zdarza się nieczęsto.<br /><br /><em>.PLAY.</em><br /><br />Bez sensu byłoby opisywanie tego albumu kawałek po kawałku. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi wyobrażeniami - a tych podczas słuchania mam multum. Jednym z pierwszych jakie mnie naszło, to pola traw po horyzont. Ani śladu żywej duszy bądź innych dzieł natury. Jedynym śladem jakiejkolwiek ingerencji ludzkiej jest stara opuszczona fabryka oświetlana promieniami wschodzącego słońca... Wraz z wydzielanymi przez nią spalinami, przenosimy się wysoko do rtęciowych niebios, pełnych chmur siarki. Część obłoków zlatuje na ziemię, gdzie zamienia się w mgłę spowijającą przedmieścia opuszczonej metropolii, ale nawet zasłona siarki nie uchroni starych, pamiętających jeszcze czasy tętniące życiem, jednorodzinnych domów przed przebijającymi się promieniami słońca...<br /><br />Za najtrafniejszą interpretację uważam natomiast tą, że  jest to muzyczne zilustrowanie narodzin, początku i końca świata. Przy czym wszystko dzieje się w tym samym czasie. Zaprzeczenie zaprzeczenia zaprzeczenia? Belong uczyniło ten wzór kwadratem...<br /><br />Dosyć. Dosyć mordowania intepretacji.<br /><br /><em>.STOP.</em><br /><br />Dla słuchaczy doświadczonych w muzyce eksperymentalnej oraz ciągle poszukujących nowych muzycznych doświadczen, nie sięgnięcie po ten krążek byłoby grzechem. &quot;October Language&quot; to jeden z najlepszych dowodów na to, że współczesna muzyka &quot;inna&quot; bije na głowę znaczną część tej &quot;zdrowej&quot;...<br /><br /><em>.REWIND.</em><br /><br /><em>.PLAY.</em></div>]]></description>
               </item>
      <item>
         <title>The Chemical Brothers - Dig Your Own Hole</title>
         <link>http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/03/24/10cj_the_chemical_brothers_-_dig_your_own_hole</link>
         <pubDate>Mon, 24 Mar 2008 23:59:23 +0000</pubDate>
         <guid isPermaLink="true">http://www.last.fm/user/Pyramidek/journal/2008/03/24/10cj_the_chemical_brothers_-_dig_your_own_hole</guid>
         <description><![CDATA[<div class="bbcode">Spokojnie, trzecia część jest już w drodze. Nawiasem mówiąc - jak macie sporą kolekcję muzyczną - ZGRYWAJCIE NA DVD! Boleśnie się przekonałem, że dysk twardy może być rzeczą bardziej przemijającą niż dobrze przechowywane płytki DVD - te nie mają przynajmniej ryzyka bycia zaatakowanymi przez spięcie :P Nie ma to jak bawić się przy wejściu zasilania dysku przy włączonej maszynie. Jest jednak nadzieja... Na razie nie jest źle - sporo odzyskałem ;) O tym czy się powiodło napiszę w następnym wpisie. Tymczasem, właściwa część żurnala.<br /><br />---<br /><br /><img src="http://img120.imageshack.us/img120/1774/dyohmniejszefw4.jpg" /><br /><br /><strong><a href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers" class="bbcode_artist">The Chemical Brothers</a> – <a title="The Chemical Brothers - Dig Your Own Hole" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/Dig+Your+Own+Hole" class="bbcode_album">Dig Your Own Hole</a></strong> (7 kwietnia 1997)<br /><br />Każdy, kto choć trochę interesuje się big-beatem wie, że pochodzący z Londynu Tom Rowlandsa i Ed Simons są jednymi z jego pionierów, jeśli nie pierwszymi tworzącymi takową muzykę. Kojarzeni z psychodelicznymi,<br />pełnymi energii setami, chemiczni bracia do dziś wywierają niemały wpływ na brytyjską scenę klubową. Krążek, który teraz opiszę, wpisał się w muzykę nie tylko jako klasyk big-beatu, ale i jedna z najlepszych płyt lat 90.<br /><br />Ktoś kiedyś rzekł, że gdyby <a href="http://www.last.fm/music/The+Beatles" class="bbcode_artist">The Beatles</a> tworzyło w dzisiejszych czasach, Dig Your Own Hole byłoby ich płytą. I mimo, że w stwierdzeniu tym<br />jest być może nieco przesady, trudno uciec się od porównań chemicznego duetu do słynnego kwartetu. Nawet jeśli stoją po innej stronie barykady. Chemiczni są bitelsami big-beatu - nie na darmo gatunek ten pierwotnie nosił nazwę „chemical breaks&quot;.<br /><br />Dig Your Own Hole jest dla mnie muzyczną podróżą przez rozrywkową noc z perspektywy ćpuna. Podąża ona według klasycznego toru - im dalej w las, tym więcej drzew. W przypadku tej płyty - im więcej środków, tym intensywniejsze halucynacje. Nietrudno się domyśleć, jak zakończy się taka &quot;wycieczka&quot;... Wszystkie krążki chemicznych zawierają sporą dawkę narkotycznego klimatu, tu mamy największe jego stężenie.<br /> <br />Szalona podróż trwa od pierwszej sekundy, zarówno słuchacz jak i &quot;bohater&quot; wiedzą, że nie będzie lekko. Pełne chemicznego czadu <a title="The Chemical Brothers &ndash; Block Rockin' Beats" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/Block+Rockin%27+Beats" class="bbcode_track">Block Rockin' Beats</a> poprzez wyśmienite sample perkusyjne i wokalne (<em>We're about ready to rock steady</em> - tak, te słowa nie kłamią) idealnie wprowadza w klimat krążka. Jest to jednak dopiero rozgrzewka przed następnymi utworami, będącymi swoistą jednoszynową jazdą na krawędzi.<br /> <br />Pośród soczystego basu i gęstych bitów utworu tytułowego strumień psychodeli zamienia się w rwącą rzekę. Jej przepływ wzmagany jest przez syreny i gwizdy, dodających przysłowiowej oliwy do ognia. Jak na &quot;tytułówkę&quot; przystało, jest to swoista demonstracja atrakcji czekających nas podczas &quot;kopania dołu&quot;. Znakomita demonstracja. Pod sam jej koniec wszystko się rozpływa niczym mijająca halucynacja...<br /><br />...by po chwili nadeszła następna w postaci <a title="The Chemical Brothers &ndash; Elektrobank" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/Elektrobank" class="bbcode_track">Elektrobank</a>. Tu prędkość co prawda zwalnia, ale jest jeszcze ostrzej i ciężej. Kawałek jest muzycznym trzęsieniem ziemi - wszystko, począwszy od otwierających basów skończywszy na hałaśliwej zwalniającej końcówce, brzmiącej niczym wypadek pociągu przewożącego ładunki wybuchowe, ma na celu pocięcie bębenków słuchacza na drobne kawałki. Na co ten z przyjemnością się godzi.<br /> <br />W pewnym momencie eksplozja zostaje przerwana przez kakofonię dźwięków, podobnych do dzwonów bijących gdzieś w oddali. Po chwili wyłania się z niej <a title="The Chemical Brothers &ndash; Piku" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/Piku" class="bbcode_track">Piku</a>. W porównaniu z poprzednimi, jest to swoisty chillout – nieco spokojniejszy, acz bardziej niepokojący. No i wciąż w „prochowych&quot; klimatach.<br /> <br />Kawałek piąty, <a title="The Chemical Brothers &ndash; Setting Sun" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/Setting+Sun" class="bbcode_track">Setting Sun</a> zdecydowanie różni się od reszty płyty. Sam tytuł sugeruje, że nocnego klimatu raczej nie uświadczymy. Nic dziwnego, &quot;wschodzące słońce&quot; jest hołdem, (Niektórzy powiedzą, że duchowym<br />następcą) dla <a title="The Chemical Brothers &ndash; Tomorrow Never Knows" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/Tomorrow+Never+Knows" class="bbcode_track">Tomorrow Never Knows</a> Beatlesów. Wysunięty na pierwszy plan wokal Liama Gallaghera (<a href="http://www.last.fm/music/Oasis" class="bbcode_artist">Oasis</a>) i &quot;klasyczne&quot; przesterowane instrumentarium (perkusja!) w połączeniu z dźwiękami sitaru i chemicznymi hałasami tworzą utwór idealny do wypalania uszu i oczu, podczas post-tripowego wpatrywania się w pustynne słońce.<br /> <br />Jeśli pierwsza część płyty była czymś w rodzaju pozytywnych narkotycznych wibracji, utwory 6-8, tworzące coś na kształt mini-suity, są następującym po nich bad-tripem. Oczywiście pod względem klimatu, nie<br />jakości, choć nie wszystkim mogą się one spodobać. <a title="The Chemical Brothers &ndash; It Doesn't Matter" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/It+Doesn%27t+Matter" class="bbcode_track">It Doesn't Matter</a> to wręczprymitywna w swojej budowie &quot;techniawka&quot; - przez sześć minut jej trwania w kółko przewija się ten sam motyw, jedyne co się zmienia to ilość sampli. Kawałek jest jednak tak przytłaczający i duszny, że jego prostota, zamiast odrzucać, wciąga. Dużą zasługę ma w tym wokalny sampel &quot;pożyczony&quot; z <a title="Lothar and the Hand People &ndash; It Comes On Anyhow" href="http://www.last.fm/music/+noredirect/Lothar+and+the+Hand+People/_/It+Comes+On+Anyhow" class="bbcode_track">It Comes On Anyhow</a> <a href="http://www.last.fm/music/+noredirect/Lothar+and+the+Hand+People" class="bbcode_artist">Lothar and the Hand People</a>, zmiksowany w wyśmienity sposób.<br /> <br /><a title="The Chemical Brothers &ndash; Don't Stop The Rock" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/Don%27t+Stop+The+Rock" class="bbcode_track">Don't Stop The Rock</a> jest kontynuacją poprzedniego utworu, z tymże o nieco lżejszym (choć wciąż gęstym) klimacie. <a title="The Chemical Brothers &ndash; Get Up On It Like This" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/Get+Up+On+It+Like+This" class="bbcode_track">Get Up On It Like This</a> to krótki taniec świeżo upieczonego schizofrenika, opadającego w końcu z sił (Sam zdecydowanie wolę dłuższą wersję z EPki <a title="The Chemical Brothers - Loops of Fury" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/Loops+of+Fury" class="bbcode_album">Loops of Fury</a>).<br /> <br />Postradawszy zmysły, mamy chwilę na złapanie oddechu, choć nie będzie on zdrowy... <a title="The Chemical Brothers &ndash; Lost in the K-hole" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/Lost+in+the+K-hole" class="bbcode_track">Lost in the K-hole</a>, najspokojniejszy kawałek na płycie, wypełniony jest funkującym basem, budzącym skojarzenia z hitami parkietów. W połączeniu z &quot;odpływającymi&quot; klawiszami tworzy iście &quot;ketaminową&quot; atmosferę, raczej nie pasującą do typowego parkieciarza.<br /> <br />Przedostatni <a title="The Chemical Brothers &ndash; Where Do I Begin" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/Where+Do+I+Begin" class="bbcode_track">Where Do I Begin</a> rozpoczyna się niewinnie. Można by pomyśleć, że pod koniec bracia serwują nam balladę. Jednak, słodki głos <a href="http://www.last.fm/music/Beth+Orton" class="bbcode_artist">Beth Orton</a> jedynie tworzy jej pozory - w połowie trwania, utwór przekształca się w przesterowanego potwora, próbującego wwiercić się w nasze bębenki (O mózgu nie wspominając). Cel ten skutecznie osiąga pod koniec, zwłaszcza, jeśli słucha się go głośno.<br /> <br />Gdy „wiertarka&quot; rozpłynie się, mamy około dwóch minut, by przygotować się do ostatniej, jeszcze hałaśliwszej kakofonii - <a title="The Chemical Brothers &ndash; The Private Psychedelic Reel" href="http://www.last.fm/music/The+Chemical+Brothers/_/The+Private+Psychedelic+Reel" class="bbcode_track">The Private Psychedelic Reel</a>. Początkowe, podobne do wiatru dźwięki są niczym rozsypywanie prochu, dołączający się niedługo dźwięk sitaru oznacza jego zapalenie. Moment wybuchu jak i długo przeszywające nas odłamki, są jednymi z najlepszych chwil w twórczości Eda i Toma. Pod względem &quot;budowy cząsteczkowej&quot; nie są może skomplikowane, ale dzięki słyszalności reakcji chemicznej nie zwracamy na to uwagi. Trudno zwracać uwagę na szczegóły będąc wgniecionym w ziemię.<br /> <br />Dig Your Own Hole ma już 10 lat, a wciąż daje po uszach mocniej, niż duża część stworzonych do tej pory big-beatowych albumów. Krążek ten wypada, ba, trzeba znać. Braciom udało się stworzyć naprawdę zakręconą,<br />psychodeliczną atmosferę, której pozazdrościć mogłoby wielu undergroundowych twórców. O międzynarodowym sukcesie już nawet nie wspominam...</div>]]></description>
               </item>
   </channel>
</rss>
